Przeglądając wstęp do pewnej książki o historii malarstwa, natknąłem się na coś, co poruszyło mnie bardziej niż wiele arcydzieł największych mistrzów. Otóż posłuchaj, Czytelniku: Pewien holenderski artysta, Jan van Eyck, podpisując niektóre swoje dzieła, do imienia i nazwiska dodawał dopisek: „Tak jak umiałem.” Niby nic, a jednak…
Dotarło do mnie (artysty amatora i profesjonalisty psychoterapeuty), czym jest istota tego dodatku. Dotarło do mnie, jakim dziełem sztuki jest to proste zdanie.
Tworzenie nie jest łatwe. Obraz, artykuł, wiersz, warsztat czy sesja psychoterapii — walczysz ze swoim lenistwem, brakiem kunsztu. I z największym krytykiem. Największym i najstraszniejszym. Takim, który zna nie tylko twoje najlepsze dzieła, ale widzi twoje słabości i patrzy ci na ręce przez cały proces twórczy. Takim, który wie, że to nie jest twoje największe dzieło, i porównuje cię z Picassem, Pearlsem, Słowackim czy Mozartem. Oczywiście tym krytykiem jesteś ty sam.
Tylko ty nie masz dla siebie litości
Dla innych odbiorców twoje dzieło to po prostu coś. Albo się podoba, albo nie. Nikt nie ma dla twoich tworów zbyt wiele czasu. Ale ty jako krytyk nie oceniasz po prostu dzieła. Oceniasz swoją wartość. Stawka jest wysoka. Presja — ogromna.
I tutaj wchodzi Jan van Eyck. To proste zdanie „tak jak umiałem” jest efektem ogromnej pracy. Zawiera w sobie setki wysłuchanych od siebie krytycznych przemów. Dni i tygodnie depresji. Morza smutku. Desperacji, kiedy nie jesteś w stanie nic stworzyć. Poczucia braku wartości, kiedy nie jesteś perfekcyjny. To jest pole gry.
Jedyną odpowiedzią na tę nieludzką surowość wobec samego siebie, na to zimne okrucieństwo, jest właśnie taka iskierka litości. Odpowiedzią na to wszystko jest potraktowanie siebie samego jako człowieka — pięknego mimo swoich niedoskonałości. Danie sobie tej odrobiny miłości i wsparcia, kiedy wiesz, że dałeś z siebie wszystko, ale i tak nie jest to najlepsze z twoich dzieł.
Wystarczająco dobrze…
Kiedy wpadniesz już na jakiś pomysł i zabierasz się do działania, masz przeczucie, że to będzie twoje największe arcydzieło, że stworzysz coś ważnego. A potem, przy kolejnych maźnięciach pędzla, aranżacji akordów czy doborze słów do zdania, docierało do ciebie, że nie sprostasz temu, co sobie wymarzyłeś.
I teraz możesz wyrzucić to wszystko w diabły… Albo właśnie położyć sobie metaforyczną, wspierającą rękę na ramieniu i szepnąć sobie: „Dałeś z siebie wszystko. Tak jak umiałeś.”
Przeżyj tę krótką żałobę po niestworzonej perfekcji, dokończ i pokaż…
Załóżmy, że jest w tobie potworek. Taka malutka, łatwa do przeoczenia istotka. To może być np. „Uwielbiający słodycze” lub bestyjka ”Wypiję jeszcze tylko jednego”. To może być potworek „W lato obracam się za każdą kobietą w sukience” lub tyci demonek „Wstyd się przyznać, ale z przyjemnością patrzę na muskularnych facetów z jednodniowym zarostem i nie ważne, czy potrafią dodawać”.
Bakcylek torebek za pół pensji, nigdy nie skasowanego z telefonu Tindera, albo świntuszek wieczornych, samotnych seansów, przy krótkich filmach bez dialogu, za to, z plejadą zmieniających się aktorek.
W każdym razie, jest to jakaś twoja słabostka, której jesteś bardziej lub mniej świadom, ale która nie mieści się w twoim wachlarzu tematów, którymi dzielisz się z przyszłymi teściami przy wigilijnym stole.
Pewnie próbujesz walczyć z potworkiem. W kuźni słuszności, w ogniu przykazań dobrego żywienia i dobrego smaku, wykuwasz miecz poczucia winy i… szarża na bydlaka. Bitwa.
Uderzasz mocnymi ciosami wstydu i zaklęciami: „To się więcej nie ma prawa powtórzyć”, „Od jutra z tym koniec” i „Tak nie można, co by powiedział/a/eli (znajomi, mama, tata, mąż, żona, papież)?”.
Wreszcie, po ciężkiej walce i użyciu całej mocy magii poczucia winy, zapędzasz potworka w mroki nieświadomości… i jak zwycięzca odchodzisz do swoich spraw.
Tylko gdybyś człowieku zobaczył jego minę…
Gdybyś spojrzał…
Zobaczyłbyś wielki syty uśmiech.
A gdybyś przysłuchał się dźwiękom, które wydaje…
To usłyszałbyś błogie: „mniam, mniam, mniam”.
On tylko na to czekał…
Bo im bardziej z nim walczysz, tym staje się silniejszy.
Cykl Życiowy Potworka
Cykl życiowy potworka jest następujący. Pojawia się pod postacią drobnej myśli o grzeszku. Następnie zaczyna tuczyć się na twoim zgorszeniu i poczuciu winy. Kiedy urośnie wystarczająco, atakuje.
Przejmuje kontrolę, a ty kończysz o 2 w nocy z buzią wysmarowaną resztkami czekolady, niepotrzebną torebką albo trzecią wiertarką. To przynosi ulgę od poczucia winy. Na chwilę. Bo zaczyna się moralniak i zaklęcia „To się więcej nie powtórzy”… Zakończone twoim niby zwycięstwem, a tak naprawdę słodkim ”mniam, mniam, mniam” potworka.
Potworek: Cześć! Może zjemy dziś hamburgera?
Ty: Jestem potworem, skąd u mnie, weganina, takie myśli? Tam krowy i kurczaki giną w męczarniach (poczucie winy).
Potworek: Mmm… mniam, mniam, mniam (Zwiększanie rozmiaru i siły)
Jak widzisz ten nasz pan słodyczowy, zboczony, czy też inny podobny, wszystkie mają jeden ulubiony posiłek, a jest to twoje poczucie winy. Na tym, tak naprawdę, się pasą. Czerpią energię z twojej niechęci i z twojej nienawiści. Taplają się w pogardzie, jak ryba w wodzie. Nie da się z ich zabić. Nie da się ich zniszczyć, nie da się ich pokonać w walce.
Bo im bardziej z nimi walczysz, tym stają się silniejsze…
Communi humana natura monstrum
Zdradzę ci tajemnicę, one wszystkie należą do jednego gatunku. Jego nazwa łacińska brzmi „Communi humana natura monstrum” co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Pospolity potworek człowieczeństwa”.
Ten sympatyczny stworek, to część twojej cudownej człowieczej natury. To twoje słabostki. Jeśli myślisz, że to tylko twoja przypadłość to, no cóż, źle myślisz. Bo potworek człowieczeństwa mieszka u jakichś 7,5-8 miliardów ludzi, czyli w skrócie, u wszystkich. To część twojej natury. A jeśli myślisz że da się zniszczyć własną naturę, to do zobaczenia o 2 w nocy, w posłaniu ze sreberek po czekoladzie i pustych opakowań po batonikach.
Biada nam! Co robić?
Potworek człowieczeństwa nigdzie się nie wybiera. Potworka nie da się utłuc. Nie da się go zwalczyć, bo on się na tym tuczy. Potworka nie da się usunąć chirurgicznie ani wyleczyć tabletkami. Ale jest inne wyjście…
Zobaczyć go i pokochać. Przygarnąć. Uznać, że jest, będzie i nie wyganiać. Uznać w samym sobie człowieka. Z uśmiechem na ustach przyznać się przed sobą, do własnych słabości. Nie oznacza to, żeby podszeptom od potworka bezmyślnie ulec. Nie. Chodzi o to żeby przyznać i zaakceptować, że są, będą i mają prawo być. Nie oznacza to, że trzeba za nimi podążać. Tylko żeby potraktować je z życzliwością, tak jak traktuje się szczebiot dziecka.
Czyli, kiedy potworek podszeptuje ci jakąś myśl, możesz zareagować oburzeniem i samobiczowaniem. Efekt? On i tak pewnie dostanie czego chce albo utuczysz go poczuciem winy i dostanie to później, jak będzie większy i silniejszy. Możesz też spróbować przywitać go z radością, sympatią i wzruszeniem. Jak dawno nie widzianego przyjaciela, którego znasz od zawsze:
– Wstydź się! Znowu (myślałeś o hamburgerach/spóźniłeś się/ nie trzymałeś diety/ siedziałeś trzy godziny na Fejsbooku/ spędziłeś weekend z Netflixem itd…)co?! Hańba! – krzyczy potworek. W międzyczasie zawiązuje serwetkę pod szyją. I oczekuje z nożem i widelcem na sycącą porcję poczucia winy.
– Oj dawno Cię nie było, Panie stary zgrywusie!
– … – konsternacja potworka.
– Strasznie się cieszę, że Cię słyszę! Co tam u Ciebie?
– AAAAAaaaaaa……- kochana acz przerażona istotka, ucieka żeby skryć się w zakamarki nieświadomości.
Coś, co żywi się twoją nienawiścią i poczuciem winy, nie potrafi sobie poradzić z twoją akceptacją i życzliwością. Zmniejsza się, traci siłę, i otoczkę grozy. Tylko pamiętaj, to część twojej natury, ona się nigdzie nie wybiera. Jeśli pomyślałeś, że to jest dobra sztuczka na walkę z potworem, że akceptacja jest bronią…To wsłuchaj się … delikatny wietrzyk niesie z jaskini cichutkie, mniam, mniam, mniam.
Wzruszający jest ten nasz ludzki los
Ram Dass, nauczyciel duchowy z linii hinduizmu, podzielił się kiedyś swoją praktyką. Po 20-30 latach bycia nauczycielem i guru. Po długoletniej pracy i walce ze sobą. Kiedy zauważył, że bycie świętym nie zwalnia od spogląda na kobiety, czy tam, że objadł się słodyczami jak degenerat (to jego słowa). Dotarło do niego, że co jak co, ale on naprawdę się starał. I, że co jak co, ale on kurczę, naprawdę był święty. I zrozumiał, że to nie pomogło i nie wyleczyło go z człowieczeństwa…
Kiedy wreszcie to do niego dotarło, przestał się samobiczować i zaczął mawiać: „ jaki wzruszający jest człowiek, którym jestem”. Kiedy zaakceptował, że lubi słodycze. Kiedy dał sobie do tego prawo. Właściwie przestał je jeść. Chociaż, od czasu do czasu zjadł, z pełną miłością do siebie, jakieś potwornie tłuste ciastko.
Jeśli akceptacja jest szczera, jeśli zaakceptujesz i przygarniesz potworka. Jeśli nie będziesz go karmił poczuciem winy i wstydem. W skrócie, jeśli zaakceptujesz, że jesteś tylko człowiekiem, że masz słabości i że wszyscy jakieś mają, on pozostanie z tobą na zawsze, ale nie jako monstrum grozy. Tylko jako słodkie zwierzątko, które, od czasu do czasu, próbuje jakoś psocić.
Tu spróbuje podszeptać ci jakieś okropieństwo. Tam spróbuje podpuścić do samobiczowanka. A ty, z pobłażliwością i łezką w oku zaśmiejesz się życzliwie, poklepiesz go po pleckach i podrapiesz za uszkiem. A potem wrócisz do swoich spraw. Życie może być znośne. I może się nawet skończyć od czasu do czasu małą czekoladką na diecie … pyszną i bez poczucia winy.
Wzruszający jest ten nasz ludzki los… więc przygarnij potworka.
Defenestracja a fenomenologia Czyli co się stanie jeśli wyrzucisz kogoś z okna?
Powiedzmy, że wyrzucasz kogoś przez okno z 7 pietra. Przyspieszenie ziemskie wynosi ,,g”, wysokość 50 metrów. Nauka bez wątpliwości mówi, że 70 kg człowiek po upadku z 50 metrów uderzy w ziemie z siłą około ,,x” Newtonów. Ogromne prawdopodobieństwo, że umrze. Jakie? Na to odpowiada statystyka upadków z 7 piętra.
Można też dowolnie żonglować zmiennymi: 60 kg, 100 metrów, opory powietrza. Niemniej jednak, problem rozwiązany. I tym się zajmuje nauka. Rozwiązywaniem prosto zdefiniowanych problemów…
Tym, czym metoda naukowa się nie zajmuje, to czy wyrzucenie kogoś z okna z 7 pietra, to czyn dobry, czy zły. Innymi słowy, czy masz prawo wyrzucić kogoś z okna. Czy to dobrze, czy źle? To nie są pytania naukowe. Co to znaczy? Znaczy to, że nie można ich rozwiązać przez eksperyment, a to znaczy, że według nauki nie istnieją.
Np. przypomnij sobie jakieś ważne wydarzenie z zeszłego tygodnia. Albo smak swojej ulubionej potrawy. Zamknij oczy i przypomnij sobie. Widzisz to, czujesz?
Otóż według nauki nic nie widzisz i nic nie czujesz. Nie da się tego zbadać, więc nie istnieje. I tyle, zajmijmy się lepiej trajektoriami rakiet. Całe twoje subiektywne doświadczenie, wspomnienia, dialog wewnętrzny, wartości, są obiektywnie niedostępne. Więc nie da się ich zbadać metodą naukową. Nie da się zbadać… Teraz następuje, skrót myślowy, który mówi, że skoro nie da się czegoś zbadać, to nie istnieje. Ale powiedz sam, masz jakieś subiektywne doświadczenie? Oczywiście, że masz. To jest fakt.
Po prostu, niedostępny instrumentom badawczym. „Metoda naukowa” nie zajmuje się subiektywnym doświadczeniem, bo nie ma narzędzi i jej podstawa epistemologiczna na to nie pozwala. Ale subiektywne doświadczenie to dość ciekawa sprawa. I tu wchodzi fenomenologia.
Fenomenologia.
Fenomenologia zaczyna od stwierdzenia prostej rzeczy. Twoje przeżycia wewnętrzne istnieją. To fakty. Fenomeny. I tyle. To nie są fakty, które mówią cokolwiek o przestrzeni obiektywnej, niemniej jednak istnieją. Mimo, że nie można ich obiektywnie udowodnić powtarzając eksperyment, to istnieją w twoim subiektywnym doświadczeniu. Twoje wartości nie dają się badać mikroskopem. Ale przyjęcie tego aksjomatu, że twoje subiektywne doświadczenie jest prawdziwe otwiera, a raczej odzyskuje pole dla etyki. Dla zadawania sobie pytania nie tylko co się stanie, gdy wyrzucisz kogoś z okna, ale także pytania czy to jest czyn dobry czy zły. Bo to pytanie jest rozstrzygane właśnie w przestrzeni fenomenologicznej. Etyka to nauka o dobrym działaniu. O rozstrzyganiu słuszności czynów. O wartościach. Czyli o tych fenomenach, które w sobie nosisz, których nie możesz zobaczyć pod mikroskopem a na podstawie których podejmujesz decyzje o tym jak postępujesz.
Czczenie nauki
Nauka dala nam helikoptery, wieżowce i leki na odrę i ospę. Jest absolutnie podstawowym narzędziem do rozwoju ludzkości. Ale metoda naukowa to narzędzie i tylko wyłącznie narzędzie. Świetnie się sprawdza do rozwiązywania pewnej klasy problemów. Łatwo definiowalnych i możliwych do ubrania w pewien bardzo formalny język matematyczny. Jest tak skuteczna, że po kilkuset latach zapomnieliśmy, że nie jest wszechmocna.
Łatwo się zapomnieć. Łatwo zacząć czcić coś tak mocarnego. Ale to jak rozpocząć czczenie młotka czy innego śrubokręta. Wbijam gwoździe. Oj robisz to tak wspaniale, odpowiedz mi jaki jest sens życia? Łup łup. Świetny pomysł prawda?
Podsumowując…
Do badania różnych rzeczy potrzebne są różne metody.
Parafrazując:
Oddajcie tedy nauce to co naukowe, a etyce to co ważne.
Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie są zdolni do zła. Naprawdę – nie ufam. Bo jeśli ktoś nie widzi w sobie ciemności, to znaczy, że prędzej czy później zobaczy ją gdzieś indziej. W sąsiedzie. W partnerce. W obcym. A potem zrobi wszystko, by tę ciemność zniszczyć. Bez litości. Bez refleksji. Z czystym sumieniem. To jest właśnie ten paradoks: najwięcej zła na świecie dzieje się w imię dobra. Eichmann i Hitler spali spokojnie przekonani o swoich racjach. Beria nucił sobie do snu Mozarta, kiedy znudziły mu się gwałty. Historia pokazuje to z druzgocącą konsekwencją: człowiek, który nie zna swojego cienia, jest niebezpieczny.
Cień, który nas ocala
Carl Jung mówił o „cieniu” – tej części nas, którą wypieramy, którą chowamy pod dywan, której się wstydzimy. I która z chęcią obdarowujemy naszych wrogów aby ich odczłowieczyć. Ale właśnie kontakt z cieniem czyni nas pełnymi. Tylko wtedy, gdy potrafię powiedzieć: „Tak, jestem zdolny do okrucieństwa, do egoizmu, do zdrady”, mogę naprawdę wybierać inaczej.
Bo jeśli wierzę, że jestem dobry z natury, że nie mam w sobie mroku – wtedy każdy błąd innego człowieka staje się przestępstwem przeciwko porządkowi świata. I trzeba go ukarać. Zniszczyć. Wyeliminować.
To nie są tylko abstrakcje. Widzimy to w codziennym życiu. Ktoś się spóźnił – nie dlatego, że miał zły dzień, tylko dlatego, że mnie nie szanuje. Ktoś podniósł głos – nie dlatego, że jest zmęczony, tylko dlatego, że jest toksyczny. Ktoś mnie zawiódł – więc to potwór, którego trzeba wymazać z życia. Zero refleksji, pełna projekcja.
Granica między dobrem a złem…
Tymczasem gdy znam swój cień, łatwiej mi zrozumieć cudzy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Ale żeby być człowiekiem, nie sędzią.
Bo zdolność do zła jest egzystencjalnym składnikiem człowieczeństwa. Jesteśmy zrobieni z tego samego materiału co święci i mordercy. Wszyscy mamy w sobie zdolność do współczucia – i do zdrady. Do przebaczenia – i do przemocy.
I tylko świadomość tego daje nam wybór. Jak mawiał Sołżenicyn „Granica między dobrem a złem przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – lecz przez serce każdego człowieka i przez wszystkie serca ludzkie.”
Z krwi i kości
Czasem przyłapuję się na tym, że jestem rozdrażniony, że oceniam, że chciałbym po prostu kogoś „skasować” z życia. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Pełnym sprzeczności, impulsów, niezrealizowanych potrzeb. I tylko ta świadomość daje mi wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mi spuścić trochę ciśnienia z tej całej duchowej perfekcji. Przestać być ideałem. Zacząć być sobą.
Bo jeśli ja wiem, że nie jestem idealny, to i Tobie dam prawo do błędu. Jeśli ja potrafię sobie z trudem wybaczyć, to może i Tobie uda mi się wybaczyć trochę łatwiej. I nagle w tym całym bałaganie robi się miejsce na coś, co naprawdę zmienia świat – nie moralność, nie prawo, ale współczucie – duch, dzięki któremu możliwa jest litera.
Święci, którzy znają swój cień
Prawdziwi święci nie byli ślepi na swoje słabości. Byli ich boleśnie świadomi. Teresa z Ávili pisała o swoich duchowych suchych pustyniach. Ignacy Loyola walczył z pychą. Franciszek z Asyżu miał momenty tak głębokiej ciemności, że mógłby równie dobrze zostać alkoholikiem, a nie świętym. A Tomasz z Akwinu modlił się, że jakkolwiek chciałby powiedzieć coś mądrego na każdy temat to jeszcze bardziej chciałby zachować jakiś przyjaciół…
I właśnie dlatego byli wolni. Bo nie musieli udawać. Nie musieli projektować. Byli sobą – z całą ludzką niedoskonałością. I z tą właśnie niedoskonałością potrafili się zaprzyjaźnić.
To nie znaczy, że mamy się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu. Ale, że warto ją poznać, zamiast udawać, że jej nie ma. Znać swój cień to jak znać mapę własnego miasta – nawet jeśli czasem się w nim zgubisz, wiesz przynajmniej, dokąd wracać.
Nasruddin Anioł – Czyli o tym, co może nas naprawdę przerazić
Pewnego ranka człowiek wędrował wzdłuż wybrzeża. Spokojnie stawiał krok za krokiem, ciesząc się morską bryzą. Nagle dostrzegł na horyzoncie postać. Zbliżała się szybko i wyglądała na bardzo zdenerwowaną.
Po chwili wędrowiec rozpoznał sylwetkę. To był Herkules! Legendarny heros biegł w jego stronę, zdyszany i roztrzęsiony, krzycząc:
— Zawracaj!
Kiedy się zrównali, wędrowiec zauważył, że Herkules był blady i spanikowany. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie.
— Herkulesie! Co się stało? Co cię tak przeraziło? Ciebie – największego z bohaterów?
Herkules rozejrzał się, upewnił, że nic ich nie śledzi, po czym powiedział:
— Chodź, zawracajmy. Opowiem ci po drodze.
Opowieść Herkulesa
— Szedłem tą samą drogą co ty — zaczął Herkules. — Zatrzymałem się przy kopcu mrówek, bo zawsze lubię popatrzeć na ich pracę. Ale coś było nie tak. Mrówki leżały przywiązane na maleńkich leżaczkach, pod kolorowymi parasolkami, z drinkami w łapkach. Kiedy królowa mrówek mnie zauważyła, krzyknęła:
— Ratunku! Uwolnij nas, Herkulesie! Nie każ nam więcej odpoczywać!
Uwolniłem je, a one od razu zabrały się do pracy. Nie chciały rozmawiać, więc poszedłem dalej.
Dotarłem do wioski leniwców, gdzie zwykle panował cudowny spokój. Tym razem zastałem je przymocowane do bieżni treningowych. Kiedy któryś z leniwców zwalniał, bieżnia raziła go prądem, aż znowu przyspieszył. Uwolniłem je i rozwaliłem te okrutne maszyny w drobny mak.
Ale to nie koniec…
W kolejnych wioskach było tylko gorzej. Niedźwiedzie zmuszano do mycia zębów po każdym miodzie. Lisy siedziały w szkolnych ławkach i uczyły się etyki i prawa własności. Krokodyle oglądały komedie, żeby przestać płakać, a hieny – dramaty, żeby zrozumieć głębię smutku i przestać się śmiać.
Kiedy uwolniłem lwy karmione wyłącznie warzywami, coś zaczęło mi świtać. Ale dopiero w wiosce wesołych, tłustych fok zrozumiałem wszystko.
Nasrudin Anioł
– Powiem Ci tak wędrowcze. Zatłukłem hydrę i zszedłem do podziemnego świata, aby uprowadzić Cerbera. Nie boję się prawie niczego. Lecz gdy zobaczyłem, jak święty mędrzec Nasruddin wydaje rozkazy swoim „Bojownikom Dobra”, żeby pilnowali plemienia fok, któremu rozkazał się odchudzać… gdy zobaczyłem, jak na płaczliwe focze skargi zaczyna wymachiwać bronią i wrzeszczeć: „TO DLA WASZEGO DOBRA!” … spanikowałem …
Tylko jedna rzecz na świecie potrafi wywołać u mnie lęk:
Święci, którzy uważają, że wiedzą lepiej od Ciebie co jest dla Ciebie dobre.
Święci, którzy uważają, że maja prawo Cię do tego zmusić wszelkimi sposobami… dla twojego dobra.
Wędrowiec kiwnął głową. Nie musiał pytać więcej.
Zawrócili razem i ruszyli szybkim krokiem z powrotem, by jak najszybciej oddalić się od tej „Anielskiej Krainy”.
Czasem najgroźniejsze potwory niosą świetlisty sztandar.
O pewnym potworze, który robił to, co chciał – aż pękł.
Był kiedyś smok. Czarny, wielki, zły. Taki z tych najgorszych – nie tylko zionął ogniem, ale jeszcze z satysfakcją uwielbiał zjadać tłuste krowy, grabić skarby i porywać księżniczki. Czasem nawet nie dla okupu. Po prostu – dla rozrywki.
Wieśniacy próbowali z nim walczyć. Z widłami i pochodniami, z okrzykiem „Za wolność i przyszłe plony!” ruszyli na smoczą jamę. Ale smok miał inne zdanie. Jednym machnięciem łapy rozsypał ich po jaskini jak ziemniaki z przewróconego kosza. Jednych zjadł, reszta zdążyła zbiec – i tak się skończyło bohaterstwo ludowe.
Później przysłano rycerzy. Pojedynczo, w parach, a potem całą gwardią. Smok strącał ich z koni, topił w rzece, roztapiał zbroje samym spojrzeniem. I nie żeby był zły do szpiku kości – po prostu lubił wygrywać.
Zjechali się w końcu najlepsi: łucznicy, wojownicy z dalekich krain, nawet jeden szewczyk – sprytny, z twarzą niewinną, a owcami wypełnionymi siarką i prochem. Smok pozwolił mu nawet przywlec te owce do jego pieczary, lecz potem zmusił go, by część z nich zjadł, a resztę wrzucił do rzeki.
Ludzie byli zrozpaczeni. Wtedy to przypomnieli sobie o przepowiedni. Przyszli mędrcy, przeliczyli znaki, zapalili kadzidła i rzekli:
– Oto nadszedł czas. Smok może być pokonany tylko przez prawowitego króla, który sięgnie po miecz i ruszy do walki uzbrojony w prawdę, honor i odwagę.
Król nie był młody. Ani szybki. Ale wierzył w przepowiednie. Włożył trochę za ciasną zbroję, uniósł miecz – i ruszył. Smok wyszedł z jaskini, przeciągnął się, ziewnął – i jednym kłapnięciem zębów zakończył królewską karierę.
– To nie był prawowity król – ogłosili mędrcy. – Przepowiednia nie może się mylić.
I tak zaczęło się wysyłanie kolejnych kandydatów – królów, książąt, prezydentów i samozwańców. Każdy padał. Smok już nawet nie zionął ogniem. Czasem tylko spojrzał – i to wystarczyło.
Z czasem rycerze przestali przyjeżdżać. Księżniczki – ukryto. Skarby? Już nikogo nie obchodziły. Wieśniacy zauważyli, że jeśli podrzucą mu kilka krów pod jamę, smok nie wychodzi. Leży. Zje. Zaśnie. Cisza.
Minęły lata.
Smok tył, spał i śnił. Śnił o pojedynkach, rycerzach, walce… Trochę mu tego brakowało, ale coraz mniej. Już nie polował. Już nie latał. Nawet nie wiedział, że nie może – bo nie próbował.
Tuczył się i tuczył, aż stał się tak tłusty, że zapadł się w sobie i umarł na zawał serca.
Tak zakończyła się historia największego, najstraszniejszego smoka. Nie pokonał go ani miecz, ani ogień, ani los. Pokonał go tłuszcz i brak wyzwań.
Rycerz cię nie pokona. Król cię nie pokona. Los cię nie pokona. Lecz gdy spoczniesz na laurach – sam siebie pokonasz.
W odległych czasach, w królestwie pełnym tajemnic, żył mądry władca, który darzył przyrodę szczególną miłością. Pragnął, aby całe jego królestwo tętniło życiem, bujną zielenią i feerią barw. Z tego powodu wydał dekret, zgodnie z którym każdy mieszkaniec miał obowiązek codziennie tworzyć i pielęgnować swój ogród, aby królestwo rozkwitło pięknem natury.
Początkowo mieszkańcy, choć niechętnie, podporządkowali się woli władcy. Z biegiem czasu jednak ich frustracja rosła, kwiaty i zieleń, zamiast cieszyć oko, stały się obiektem ich nienawiści. W końcu niezadowolenie wybuchło z pełną mocą – ludzie zaczęli buntować się przeciwko nakazowi, niszcząc ogrody, które, jak twierdzili, były źródłem ich cierpienia.
Zaniepokojony buntem, władca zwrócił się o pomoc do swojego mądrego doradcy. Ten zasugerował, by władca zlikwidował przymusowe prawo i pozwolił ludziom samodzielnie decydować, czy chcą zajmować się swoimi ogrodami. Władca, przekonany słusznością tej rady, ogłosił zniesienie obowiązku.
Gdy mieszkańcy zrozumieli, że nie muszą już pielęgnować swoich skrawków zieleni pod przymusem, ich gniew zaczął powoli wygasać. Odkryli, że to nie same ogrody były źródłem ich frustracji, lecz przymus. Z czasem wielu z nich z własnej woli wróciło do uprawiania ziemi, czerpiąc radość z pracy, sadzenia roślin i podziwiania piękna kwitnących kwiatów.
Bez przymusu królestwo zaczęło rozkwitać jeszcze bardziej niż wcześniej. Wspaniałe ogrody przyciągały podróżnych z dalekich krain. Ci, którzy wcześniej buntowali się przeciwko nakazowi, teraz z dumą dbali o swoje zielone zakątki. Ci zaś, którzy mieli inne pasje, mogli podziwiać te cuda bez konieczności zajmowania się nimi. Królestwo stało się symbolem harmonii między człowiekiem a naturą.
W ten sposób władca nauczył się ważnej lekcji – to przymus, a nie sama czynność, wywołuje niechęć. Wolność okazała się żyzną glebą, która pozwoliła mieszkańcom odkryć radość i satysfakcję w kontakcie z naturą, przyczyniając się do rozkwitu i piękna całego królestwa.
Ciekawość w niepewności – jak żyć bez klucza odpowiedzi
Czasami mam takie fantazje. Wyobrażam sobie, że życie to po prostu test wielokrotnego wyboru. Masz przed sobą arkusz, pytanie i cztery możliwe odpowiedzi. A, B, C albo D. Jedna z nich jest właściwa. Wybierasz, oddajesz kartkę, ktoś to sprawdza, stawia ocenę, i już wiesz na czym stoisz. Bez stresu, bez nadinterpretacji, bez odpowiedzialności.
Brzmi kusząco, prawda? Przynajmniej w porównaniu z rzeczywistością, w której codziennie próbujemy podejmować decyzje, nie mając pojęcia, czy robimy dobrze. Czy to był właściwy kierunek studiów? Czy to „ta osoba”? Czy warto było zmienić pracę, miasto, siebie?
Problem w tym, że życie nie przypomina testu. Nikt nie wręcza ci arkusza z pytaniami. Bardziej przypomina sztukę – nieprzewidywalną, intymną, bez wzoru. Może obraz. Może rzeźbę. Może coś, co na początku w ogóle nie wygląda jak coś. I właśnie dlatego bywa tak trudne.
Zamiast klucza – pędzel
Wyobraź sobie, że dostajesz płótno. Czyste, duże, całkowicie białe. Nikt nie daje ci szkicu, nie mówi, czego się spodziewać. Dostajesz tylko pędzel i trochę farby. I sugestię: rób swoje.
Brzmi pięknie, ale po chwili przychodzi strach. Co, jeśli wybiorę zły kolor? Co, jeśli zacznę nie tam, gdzie trzeba? Co, jeśli inni malują lepiej, pewniej, „z sensem”, a ja tylko coś psuję?
Ale przecież w sztuce nie chodzi o to, żeby się nie pomylić. Sztuka to nie tabela, którą trzeba dobrze wypełnić. To proces – czasem piękny, czasem chaotyczny, czasem absolutnie niezrozumiały. Czasem tworzysz coś, co cię zaskakuje. Czasem – coś, czego się wstydzisz. Ale wszystko staje się częścią tego, kim jesteś.
Szkoła nas tego nie nauczyła. Szkoła kazała szukać jedynej dobrej odpowiedzi. I wielu z nas nie potrafi się z tego schematu wyzwolić. Próbujemy „dobrze żyć”, jakby ktoś kiedyś miał nam wystawić ocenę.
Ale życie nie jest sprawdzianem. Nie ma punktów, nie ma czerwonych długopisów, nie ma poprawkowych terminów. Nie ma ostatecznej księgi życia, w której sprawdzisz, czy zdałeś. Jest tylko to, co tworzysz. To, co ryzykujesz. To, co zostaje.
Skoro nie ma odpowiedzi, to czy można się pomylić?
Przerażające może być w tym wszystkim, że nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nie tylko ty. Nikt. Nawet ci, którzy sprawiają wrażenie, że mają wszystko poukładane. Nawet ci, którzy dają ci rady z tonem niepodważalnej pewności.
Każdy z nas siedzi przed własnym płótnem. Każdy z nas czasem zamalowuje poprzednie warstwy, czasem zbyt długo patrzy na biel i nie wie, od czego zacząć. To nie jest słabość- to normalne.
Ale skoro nikt nie wie, co jest „poprawne”, to żaden wybór nie może być oczywistym błędem. Każdy z nich coś odsłania, każdy coś wnosi, każdy – nawet ten, który potem zamalujesz – był potrzebny, by dotrzeć do miejsca, w którym jesteś.
I w tym jest ulga. Głęboka, cicha ulga. Bo jeśli nie ma klucza odpowiedzi, to może wcale nie trzeba się tak strasznie bać. Nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nikt. Nie ma odpowiedzi nie ma błędów. I może tutaj zacznie się sztuka…
Zamiast przerażenia: „Nie wiem, co będzie dalej!” Może ciekawość: „Wow, co będzie dalej?”
W odległym i tajemniczym zakątku świata istniało niezwykłe plemię Róż. Od niepamiętnych czasów żyły one w spokoju i harmonii we własnym królestwie kwiatów. Każda z nich posiadała wyjątkową cechę – ostre kolce, które skutecznie odstraszały wrogów i chroniły kwiaty przed zniszczeniem.
Jednak z biegiem lat i pokoleń, Róże powoli zaczęły tracić świadomość tego, po co mają kolce. Działały one na tyle dobrze, że coraz mniej Róż zdawało sobie sprawę z istotnej funkcji, jaką pełniły ich ostre wyrostki. Wiedza o zewnętrznych zagrożeniach, które kiedyś zagrażały ich przodkom, stopniowo zanikała, aż w końcu przestała być przekazywana młodszym pokoleniom.
Pewnego dnia jedna z młodszych Róż, która nie pamiętała o istotnej roli swoich kolców, postanowiła się ich pozbyć. Uznała, że są one nieestetyczne i przeszkadzają w codziennym życiu. Wkrótce inne Róże podzieliły jej zdanie i również zaczęły zrzucać swoje kolce, sądząc, że dzięki temu staną się piękniejsze i bardziej lubiane.
Niestety, gdy kolce zniknęły, roślinożercy zauważyli, że ich dawni wrogowie już się przed nimi nie bronią. Zwierzęta zaczęły atakować królestwo Róż, zrywając je z łodyg i pożerając. W krótkim czasie ogromna część królestwa została zniszczona, a Róże uświadomiły sobie, że popełniły straszliwy błąd.
Przerażone Róże postanowiły poszukać najstarszego i najmądrzejszego członka plemienia, Różę Mądrości, aby zasięgnąć jej rady. Róża Mądrości, która wciąż posiadała swoje kolce, opowiedziała im o ich dawnym celu.
Róże zrozumiały swój błąd i zaczęły na nowo pielęgnować swoje kolce. Przekazywały sobie nawzajem prawdę o ich przeznaczeniu, aby żadna z nich nie zapomniała, dlaczego są one tak ważne. W miarę jak ich kolce rosły na powrót, wrogowie ponownie zaczęli się ich obawiać, a królestwo Róż powoli wróciło do swojego dawnego spokoju i harmonii.
Ta opowieść przypomina nam, że czasami, gdy coś działa niezwykle skutecznie, możemy zapomnieć, dlaczego jest to potrzebne, i pozbywamy się tego, nie zdając sobie sprawy, że właśnie to chroni nas przed niebezpieczeństwem. Gdy jednak mamy szczęście i zrozumiemy, jak cenne są te rzeczy, które odrzuciliśmy, możemy odbudować naszą ochronę i nauczyć się na nowo doceniać wartość tego, co posiadamy.
Tak jak Róże, które nauczyły się ponownie docenić swoje kolce, również my powinniśmy pamiętać, że nie wszystko, co wydaje się nam niepotrzebne lub przeszkadzające, jest takie w rzeczywistości. Czasami to właśnie te rzeczy chronią nas przed jeszcze większymi problemami i niebezpieczeństwami, których nie dostrzegamy, gdy ochrona jest bardzo skuteczna.
Ważne jest, aby zrozumieć i docenić wartość różnych cech i zjawisk, zanim beztrosko się ich pozbędziemy. Czy jest to szczepionka przeciw odrze, posiadanie armii czy wolność słowa…
Psychologiczna Ruletka: Czy Odważysz Się Zaryzykować?
Co Wybierasz: Pewność Nieszczęścia Czy Ryzyko Nadziei?
Wyobraź sobie stół do rosyjskiej ruletki. Trzymasz w dłoni ciężki, zimny rewolwer. Naprzeciwko siedzi ktoś, kto również jest gotów podjąć grę. Masz dwa wyjścia:
Oddać broń i czekać na strzał – masz 50% szans na przeżycie.
Strzelić do siebie – masz 100% pewności, że padnie śmiertelny strzał.
Co wybierasz? Racjonalna odpowiedź wydaje się oczywista: oddając kontrolę, dajesz sobie szansę na przeżycie.
Ale…
Pozorna pewność, nawet jeśli oznacza coś złego, wydaje się łatwiejsza do zaakceptowania niż niepewność, która może prowadzić do ocalenia.
Psychologia Wybierania Pewności Kosztem Szczęścia
Ludzie często wybierają gwarantowane niepowodzenie zamiast ryzykować lepszą przyszłość. Wolimy nie odezwać się do interesującej osoby, by uniknąć ewentualnego odrzucenia. Wolimy nie wysyłać CV, by nie doświadczyć porażki.
To zjawisko można nazwać psychologiczną ruletką – rezygnujemy z szansy na sukces, by uniknąć niepewności. Paradoksalnie, nawet jeśli „pewna” opcja jest negatywna, daje nam złudzenie kontroli, a to często wystarcza, byśmy czuli się bezpieczniej.
Innymi słowy: pewność nieszczęścia jest dla wielu bardziej znośna niż ryzyko.
Skąd to się bierze? Nasz umysł boi się rozczarowania. Pewność – nawet jeśli oznacza coś złego – daje nam poczucie kontroli. Jeśli z góry skazujemy się na porażkę, unikamy ryzyka odrzucenia, wstydu, zawodu. Czujemy, że mamy wpływ na wynik, chociaż ten wpływ skazuje nas na gorsze życie. Tyle że ten „komfort” ma swoją cenę.
Odwaga w Podejmowaniu Ryzyka vs. Ryzyko Utraty Szczęścia
Wybór pewności – nawet tej nieprzyjemnej – może wydawać się rozsądny, bo pozwala uniknąć rozczarowań i porażek. Ale to tylko złudzenie.
Unikając ryzyka, tak naprawdę ryzykujemy coś znacznie cenniejszego – własne szczęście i spełnienie.
Oczywiście, często wydaje się, że wybór pewności – nawet tej nieprzyjemnej – przynosi spokój, bo unika się rozczarowań czy porażek. Jednak ta „pewność negatywności” to tylko złudzenie. Kiedy odrzucamy możliwość zaryzykowania w imię komfortu, tak naprawdę ryzykujemy coś znacznie cenniejszego – nasze własne szczęście i spełnienie. I rozczarowanie w długim okresie.
Największe życiowe wygrane wymagają ryzyka. Nie zawsze możemy wybrać opcję w 100% bezpieczną i pozytywną, ale gdy pojawia się szansa na zmianę – czasem warto postawić na niepewność.
Paradoksalnie, wybieranie „pewnego nieszczęścia” jest najbardziej ryzykowną decyzją, jaką można podjąć.
Bo jeśli nie zaryzykujesz – przegrasz na pewno.
Niech ten tekst będzie dla Ciebie inspiracją. Zamiast wybierać bezpieczną, ale negatywną drogę, spróbuj czasem zagrać o coś lepszego. Oddaj pistolet w ręce losu – bo wygrana czeka na tych, którzy odważą się zaryzykować.