My i oni. W co wierzymy? 

Czas czytania: 3 min

W debacie, czy my jako ludzie (i nasze mózgi) jesteśmy czystą kartką możliwą do zapisania, jak tylko naszym rodzicom i społeczeństwu się podoba, czy też mamy ściśle określoną naturę, zajmuję dość jasne stanowisko. Mianowicie: I to i to. W wielu kwestiach, naprawdę wielu kwestiach, my jako ludzie możemy się uczyć i naprawdę ma znaczenie co na tych pustych kartkach się znajdzie. Jednak w wielu kwestiach rodzimy się z określoną naturą.  

System Swoi i obcy (friend or foe, FOF) 

Często obie te opcje współdziałają. Moim zdaniem jeden z najważniejszych takich systemów to rozpoznawanie swoi i obcy, my i oni. Nasi i wrogowie. (Friend or Foe- FOF) Moim zdaniem, badania już w tej chwili potwierdzają, że każda istota ludzka rodzi się z systemem takiego rozpoznawania i w zależności od reakcji tego systemu mamy różne zestawy zachowań. W skrócie: empatia dla naszych a wrogość i agresja dla obcych. Tutaj nie ma gadania. Swoich, przyjaciół i rodzinę, zawsze będziemy traktować lepiej niż przypadkowych obcych.  

Z tym systemem się rodzimy. Natomiast ten system ma w sobie ogromne puste miejsce na instrukcję: kto jest swój, a kto obcy. I tutaj wychowanie oraz kultura mają ogromne znaczenie. Ciekawe przykłady przynoszą badania kultur naturalnych, czyli takich, które rozwijały się np. na odosobnionych wyspach. W 100 osobowym plemieniu panuje empatia i wysoko rozwinięta altruistyczna chęć pomocy. Wystarczy jednak, że członkowie plemienia spotkają w lesie samotnego przedstawiciela obcego plemienia, za równie oczywiste i wysoko etyczne uważają zatłuc go kijami na śmierć, a jego głowę zatknąć na tyczce. Potem zwykli po równo dzielić się jego dobytkiem i wracają pobawić się z dziećmi oraz opiekować się starcami. Biologicznie i ewolucyjnie jest to zrozumiałe. Małpy też tak robią.  

Jednak to, co jest ciekawe w naszej ewolucji, to moment, w którym ów system rozpoznania przeszedł w obszary poznawcze (u małp w sumie też) i językowe (to już tylko nasze). 

Innymi słowy, w którymś momencie FOF (friend or foe) zaczął być używany na podstawie etykiet. 

Jedną z takich etykiet stała się religia.  

Religia jako system rozpoznawczy FOF 

Religia (w rozumieniu zestawu wierzeń i wspólnych rytuałów) jest odpowiedzią na potrzebę wspólnych etykiet, które programowały nasz system FOF i dały nam możliwość organizowania się w grupy większe niż bezpośredni znajomi.  

No bo wyobraź sobie. Zamiast zatłuc w lesie każdego kogo się nie znało, można było się spotkać na święcie równonocy, popić, potańczyć, a potem nosić symbol np. bogini płodności i zamiast się bić, zacząć obgadywać ludzi z symbolami np. węża i przemoc zostawić tylko dla obcych. A potem jakiś cwany wódz powiedział: My wyznawcy słońca, piorunów czy jaguara musimy się trzymać razem przeciwko tym wrednym wyznawcom …. Wstaw sobie cokolwiek. I tak, to szło w parze. 

W tym momencie nie znam wystarczająco przekonujących dowodów naukowych, wskazujących co było pierwsze. Czy ludzie przypadkiem wymyślili religię i wierzenia, a potem niejako przypadkiem zaczęli jej używać jako etykiety dla systemu swój-obcy, by mogli dzięki temu zacząć się łączyć w większe grupy? Czy też ludzie szukali jakichś wspólnych etykiet łączących kilka plemion i by to umożliwić ,,wymyślili” religię. Efekt jest jednak taki, że wydaje się, iż w naszym mózgu jest ewolucyjnie puste miejsce, czysta kartka do zapisania. Kartka o tytule ,,wierzenia”. Wysyp ideologii w XX i XXI wieku tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Po upadku starych religii, ludzkość nie poszła w oświecony racjonalizm, tylko cofnęła się w stronę bardziej prymitywnych ideologii.  

Podsumowanie 

Osobiście wydaje mi się, że system swoi i obcy jest tak potężny i tak naturalny, że niemożliwym jest jego wykorzenienie. Potrzeba wierzeń to wariacja takiego właśnie mechanizmu. Oba te systemy ściśle ze sobą współgrają, byśmy mogli bezpiecznie żyć i jako ludzie musimy to wziąć pod uwagę. 

Naszą szansą jest poszukiwanie wspólnoty. Wspólnoty w pewnych wierzeniach. Mam nadzieję, że następny prorok przedstawi nam pozytywną wizję dla nas jako wszystkich ludzi. Wizję spójną z naszą wiedzą i uznającą wszystkie jednostki za jedną, nierozłączną wspólnotę. Innymi słowy, albo ktoś szybko znajdzie coś mocnego i naukowo do przyjęcia, albo miejsce to zostanie zawłaszczone przez różnego typu toksyczne ideologie. I skończy się to w ten sam sposób, w jaki skończył się 20 wiek. Nie wiem jak ty, ale historia obozów koncentracyjnych i gułagów przekonała mnie, że ,,rasa” i ,,klasa” jako systemy rozpoznawania FOF, nie dają satysfakcjonujących rezultatów.   
Nie wiem jak ty, ale ja trzymam kciuki za jakieś nowe dobre wierzenia. 

Mały przepis:  

  1. Musi to być możliwe do przyjęcia dla każdego człowieka. 
  1. Nie może wykluczać na podstawie arbitralnej niemożliwej do zmiany cechy. 
  1. Być niesprzeczne z wiedzą naukową.  

Ktoś? Coś? 

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz. 🙂

Share

Nauka a wartości 

Czas czytania: 3 min

Defenestracja a fenomenologia  Czyli co się stanie jeśli wyrzucisz kogoś z okna?

Powiedzmy, że wyrzucasz kogoś przez okno z 7 pietra. Przyspieszenie ziemskie wynosi ,,g”, wysokość 50 metrów. Nauka bez wątpliwości mówi, że 70 kg człowiek po upadku z 50 metrów uderzy w ziemie z siłą około ,,x” Newtonów. Ogromne prawdopodobieństwo, że umrze. Jakie? Na to odpowiada statystyka upadków z 7 piętra. 

Można też dowolnie żonglować zmiennymi: 60 kg, 100 metrów, opory powietrza. Niemniej jednak, problem rozwiązany. I tym się zajmuje nauka. Rozwiązywaniem prosto zdefiniowanych problemów… 

Tym, czym metoda naukowa się nie zajmuje, to czy wyrzucenie kogoś z okna z 7 pietra, to czyn dobry, czy zły. Innymi słowy, czy masz prawo wyrzucić kogoś z okna. Czy to dobrze, czy źle? To nie są pytania naukowe. Co to znaczy? Znaczy to, że nie można ich rozwiązać przez eksperyment, a to znaczy, że według nauki nie istnieją.  

Np. przypomnij sobie jakieś ważne wydarzenie z zeszłego tygodnia. Albo smak swojej ulubionej potrawy. Zamknij oczy i przypomnij sobie. Widzisz to, czujesz? 

Otóż według nauki nic nie widzisz i nic nie czujesz. Nie da się tego zbadać, więc nie istnieje. I tyle, zajmijmy się lepiej trajektoriami rakiet. Całe twoje subiektywne doświadczenie, wspomnienia, dialog wewnętrzny, wartości, są obiektywnie niedostępne. Więc nie da się ich zbadać metodą naukową. Nie da się zbadać… Teraz następuje, skrót myślowy, który mówi, że skoro nie da się czegoś zbadać, to nie istnieje. Ale powiedz sam, masz jakieś subiektywne doświadczenie? Oczywiście, że masz. To jest fakt. 

Po prostu, niedostępny instrumentom badawczym. „Metoda naukowa” nie zajmuje się subiektywnym doświadczeniem, bo nie ma narzędzi i jej podstawa epistemologiczna na to nie pozwala. Ale subiektywne doświadczenie to dość ciekawa sprawa. I tu wchodzi fenomenologia. 

Fenomenologia.  

Fenomenologia zaczyna od stwierdzenia prostej rzeczy. Twoje przeżycia wewnętrzne istnieją. To fakty. Fenomeny. I tyle. To nie są fakty, które mówią cokolwiek o przestrzeni obiektywnej, niemniej jednak istnieją. Mimo, że nie można ich obiektywnie udowodnić powtarzając eksperyment, to istnieją w twoim subiektywnym doświadczeniu. Twoje wartości nie dają się badać mikroskopem. Ale przyjęcie tego aksjomatu, że twoje subiektywne doświadczenie jest prawdziwe otwiera, a raczej odzyskuje pole dla etyki. Dla zadawania sobie pytania nie tylko co się stanie, gdy wyrzucisz kogoś z okna, ale także pytania czy to jest czyn dobry czy zły.  Bo to pytanie jest rozstrzygane właśnie w przestrzeni fenomenologicznej. Etyka to nauka o dobrym działaniu. O rozstrzyganiu słuszności czynów. O wartościach. Czyli o tych fenomenach, które w sobie nosisz, których nie możesz zobaczyć pod mikroskopem a na podstawie których podejmujesz decyzje o tym jak postępujesz.  

Czczenie nauki 

Nauka dala nam helikoptery, wieżowce i leki na odrę i ospę. Jest absolutnie podstawowym narzędziem do rozwoju ludzkości. Ale metoda naukowa to narzędzie i tylko wyłącznie narzędzie. Świetnie się sprawdza do rozwiązywania pewnej klasy problemów. Łatwo definiowalnych i możliwych do ubrania w pewien bardzo formalny język matematyczny.  Jest tak skuteczna, że po kilkuset latach zapomnieliśmy, że nie jest wszechmocna.  

Łatwo się zapomnieć. Łatwo zacząć czcić coś tak mocarnego. Ale to jak rozpocząć czczenie młotka czy innego śrubokręta. Wbijam gwoździe. Oj robisz to tak wspaniale, odpowiedz mi jaki jest sens życia? Łup łup. Świetny pomysł prawda?  

Podsumowując… 

Do badania różnych rzeczy potrzebne są różne metody.  

Parafrazując:  

Oddajcie tedy nauce to co naukowe, a etyce to co ważne. 

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz. 🙂

Share

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Czas czytania: 3 min

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie są zdolni do zła. Naprawdę – nie ufam. Bo jeśli ktoś nie widzi w sobie ciemności, to znaczy, że prędzej czy później zobaczy ją gdzieś indziej. W sąsiedzie. W partnerce. W obcym. A potem zrobi wszystko, by tę ciemność zniszczyć. Bez litości. Bez refleksji. Z czystym sumieniem. To jest właśnie ten paradoks: najwięcej zła na świecie dzieje się w imię dobra. Eichmann i Hitler spali spokojnie przekonani o swoich racjach. Beria nucił sobie do snu Mozarta, kiedy znudziły mu się gwałty.  Historia pokazuje to z druzgocącą konsekwencją: człowiek, który nie zna swojego cienia, jest niebezpieczny.

Cień, który nas ocala

Carl Jung mówił o „cieniu” – tej części nas, którą wypieramy, którą chowamy pod dywan, której się wstydzimy. I która z chęcią obdarowujemy naszych wrogów aby ich odczłowieczyć. Ale właśnie kontakt z cieniem czyni nas pełnymi. Tylko wtedy, gdy potrafię powiedzieć: „Tak, jestem zdolny do okrucieństwa, do egoizmu, do zdrady”, mogę naprawdę wybierać inaczej.

Bo jeśli wierzę, że jestem dobry z natury, że nie mam w sobie mroku – wtedy każdy błąd innego człowieka staje się przestępstwem przeciwko porządkowi świata. I trzeba go ukarać. Zniszczyć. Wyeliminować.

To nie są tylko abstrakcje. Widzimy to w codziennym życiu. Ktoś się spóźnił – nie dlatego, że miał zły dzień, tylko dlatego, że mnie nie szanuje. Ktoś podniósł głos – nie dlatego, że jest zmęczony, tylko dlatego, że jest toksyczny. Ktoś mnie zawiódł – więc to potwór, którego trzeba wymazać z życia. Zero refleksji, pełna projekcja.

Granica między dobrem a złem…

Tymczasem gdy znam swój cień, łatwiej mi zrozumieć cudzy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Ale żeby być człowiekiem, nie sędzią.

Bo zdolność do zła jest egzystencjalnym składnikiem człowieczeństwa.  Jesteśmy zrobieni z tego samego materiału co święci i mordercy. Wszyscy mamy w sobie zdolność do współczucia – i do zdrady. Do przebaczenia – i do przemocy.

I tylko świadomość tego daje nam wybór. Jak mawiał Sołżenicyn „Granica między dobrem a złem przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – lecz przez serce każdego człowieka i przez wszystkie serca ludzkie.”

Z krwi i kości

Czasem przyłapuję się na tym, że jestem rozdrażniony, że oceniam, że chciałbym po prostu kogoś „skasować” z życia. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Pełnym sprzeczności, impulsów, niezrealizowanych potrzeb. I tylko ta świadomość daje mi wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mi spuścić trochę ciśnienia z tej całej duchowej perfekcji. Przestać być ideałem. Zacząć być sobą.

Bo jeśli ja wiem, że nie jestem idealny, to i Tobie dam prawo do błędu. Jeśli ja potrafię sobie z trudem wybaczyć, to może i Tobie uda mi się wybaczyć trochę łatwiej. I nagle w tym całym bałaganie robi się miejsce na coś, co naprawdę zmienia świat – nie moralność, nie prawo, ale współczucie – duch, dzięki któremu możliwa jest litera.

Święci, którzy znają swój cień

Prawdziwi święci nie byli ślepi na swoje słabości. Byli ich boleśnie świadomi. Teresa z Ávili pisała o swoich duchowych suchych pustyniach. Ignacy Loyola walczył z pychą. Franciszek z Asyżu miał momenty tak głębokiej ciemności, że mógłby równie dobrze zostać alkoholikiem, a nie świętym. A Tomasz z Akwinu modlił się, że jakkolwiek chciałby powiedzieć coś mądrego na każdy temat to jeszcze bardziej chciałby zachować jakiś przyjaciół…

I właśnie dlatego byli wolni. Bo nie musieli udawać. Nie musieli projektować. Byli sobą – z całą ludzką niedoskonałością. I z tą właśnie niedoskonałością potrafili się zaprzyjaźnić.

To nie znaczy, że mamy się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu. Ale, że warto ją poznać, zamiast udawać, że jej nie ma. Znać swój cień to jak znać mapę własnego miasta – nawet jeśli czasem się w nim zgubisz, wiesz przynajmniej, dokąd wracać.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share