Jest wiele takich jak ona. Ale ta jest moja.

Czas czytania: 3 min

Czyli co wspólnego ma pieśń Marines z miłością.

„This is my rifle. There are many like it, but this one is mine.”

Ten cytat z pieśni Marines zawsze wydawał mi się jednocześnie absurdalny i głęboko ludzki. Bo przecież karabin jest produktem seryjnym. Fabryka wypluwa tysiące identycznych egzemplarzy. Metal, plastik, numer seryjny. Obiektywnie rzecz biorąc — jeden z wielu.

A jednak żołnierz dostaje właśnie ten konkretny egzemplarz. Nosi go. Czyści. Zasypia obok niego. Idzie z nim przez błoto, strach i samotność. I po jakimś czasie to już nie jest „jeden z wielu karabinów”.

To jest jego karabin.

Nie dlatego, że był idealny. Nie dlatego, że był najlepszy na świecie. Tylko dlatego, że przeszedł z nim kawałek życia.

I mam czasem wrażenie, że dokładnie tak działa miłość.

Bo może jednym z największych kłamstw współczesności jest przekonanie, że gdzieś istnieje „ta jedyna”, perfekcyjnie dopasowana osoba. Że jeśli będziemy wystarczająco długo scrollować Tinder, analizować red flagi, green flagi, style przywiązania, horoskopy, kompatybilność emocjonalną i wspólne zainteresowania, to znajdziemy człowieka, przy którym wszystko będzie oczywiste i bezwysiłkowe.

Jakby sens relacji był ukryty w obiektywnych cechach drugiego człowieka.

A ja coraz częściej myślę, że to działa odwrotnie.

To więź nadaje znaczenie.

Nie obiektywność.

Nie idealne dopasowanie.

Nie ranking cech.

Więź.

Bo prawda jest taka, że istnieją tysiące ludzi, z którymi potencjalnie moglibyśmy stworzyć udany związek. Tysiące. Może dziesiątki tysięcy. Ludzie są dużo bardziej kompatybilni, niż chcieliby romantycy i algorytmy aplikacji randkowych.

Tylko że człowiek nie zakochuje się naprawdę w „najlepszej możliwej opcji”. Człowiek zakochuje się w historii, którą współtworzy.

W „nas”.

I właśnie to „nas” jest święte.

Bo kiedy razem przeżyjecie pierwsze wakacje, pierwszy kryzys, pierwszą stratę, wspólny śmiech o drugiej w nocy, narodziny dziecka, chorobę kota, przeprowadzkę, lęki, tysiące małych rytuałów — ta osoba przestaje być „jedną z wielu”.

Staje się twoja.

Nie w sensie własności. Nie jak przedmiot.

Tylko w sensie przynależności historii.

Tak jak mówi się:
„To mój przyjaciel.”
„To moja mama.”
„To mój człowiek.”

Nie dlatego, że inni nie mogliby pełnić podobnej roli. Tylko dlatego, że właśnie z nim przeszedłeś ten kawałek drogi.

Mam czasem wrażenie, że dzisiejszy świat strasznie boi się tej prawdy. Bo jeśli sens relacji tworzy się przez wspólne doświadczenie, lojalność i czas… to oznacza, że miłość nie jest tylko uczuciem. Jest też decyzją.

A decyzja oznacza rezygnację.

„Wszystko przemija, a wybór wyklucza.”

Kiedy wybierasz jednego człowieka, rezygnujesz z miliona innych potencjalnych historii. I to budzi współczesny egzystencjalny lęk. Bo może „tam gdzieś” istnieje ktoś jeszcze bardziej dopasowany? Jeszcze bardziej atrakcyjny? Jeszcze bardziej ekscytujący?

Pewnie istnieje.

I co z tego?

To trochę jak z domem rodzinnym. Obiektywnie istnieją piękniejsze domy. Lepsze kuchnie. Wygodniejsze kanapy. Ale kiedy wracasz po latach do miejsca, gdzie ktoś robił ci herbatę podczas gorączki, gdzie słyszałeś rodziców, gdzie płakałeś po pierwszym rozczarowaniu — to już nie jest tylko budynek.

To jest twój dom.

Znaczenie nie powstało z jakości ścian.

Powstało z więzi.

I chyba dlatego relacje tak bardzo niszczy współczesny perfekcjonizm. Ta część kultury, która mówi:
„Możesz znaleźć lepszą opcję.”
„Nie ograniczaj się.”
„Zasługujesz na więcej.”
„A może ktoś idealniejszy jest dwa swajpy dalej?”

Tylko że człowiek to nie telefon do wymiany co dwa lata.

A miłość nie jest castingiem.

Najpiękniejsze związki, jakie widziałem w życiu, nigdy nie były idealne. Czasem nawet z zewnątrz wyglądały dziwnie. Ludzie mieli różne temperamenty, wady, nawyki doprowadzające się nawzajem do szału. Ale mieli coś ważniejszego.

Mieli wspólny świat.

Wspólny język.

Wspólne doświadczenie cierpienia i zachwytu.

A tego nie da się kupić ani zoptymalizować.

To trzeba przeżyć.

Donald Winnicott, brytyjski psychoanalityk, miał pojęcie „wystarczająco dobrej matki”. Nie idealnej. Wystarczająco dobrej. I może dokładnie tak samo jest z miłością.

Nie szukajmy idealnej osoby.

Wybierajmy wystarczająco dobrą.

A potem, poprzez tysiące wspólnych chwil, uczyńmy ją kimś niepowtarzalnym.

To więź tworzy wyjątkowość.

Nie wyjątkowość tworzy więź.

I może właśnie dojrzała miłość zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz pytać:
„Czy to najbardziej idealna osoba na świecie?”

A zaczynasz mówić:
„Jest wiele takich jak ona. Ale ta jest moja.”

I nagle okazuje się, że to wystarcza.

Share

My i oni. W co wierzymy? 

Czas czytania: 3 min

W debacie, czy my jako ludzie (i nasze mózgi) jesteśmy czystą kartką możliwą do zapisania, jak tylko naszym rodzicom i społeczeństwu się podoba, czy też mamy ściśle określoną naturę, zajmuję dość jasne stanowisko. Mianowicie: I to i to. W wielu kwestiach, naprawdę wielu kwestiach, my jako ludzie możemy się uczyć i naprawdę ma znaczenie co na tych pustych kartkach się znajdzie. Jednak w wielu kwestiach rodzimy się z określoną naturą.  

System Swoi i obcy (friend or foe, FOF) 

Często obie te opcje współdziałają. Moim zdaniem jeden z najważniejszych takich systemów to rozpoznawanie swoi i obcy, my i oni. Nasi i wrogowie. (Friend or Foe- FOF) Moim zdaniem, badania już w tej chwili potwierdzają, że każda istota ludzka rodzi się z systemem takiego rozpoznawania i w zależności od reakcji tego systemu mamy różne zestawy zachowań. W skrócie: empatia dla naszych a wrogość i agresja dla obcych. Tutaj nie ma gadania. Swoich, przyjaciół i rodzinę, zawsze będziemy traktować lepiej niż przypadkowych obcych.  

Z tym systemem się rodzimy. Natomiast ten system ma w sobie ogromne puste miejsce na instrukcję: kto jest swój, a kto obcy. I tutaj wychowanie oraz kultura mają ogromne znaczenie. Ciekawe przykłady przynoszą badania kultur naturalnych, czyli takich, które rozwijały się np. na odosobnionych wyspach. W 100 osobowym plemieniu panuje empatia i wysoko rozwinięta altruistyczna chęć pomocy. Wystarczy jednak, że członkowie plemienia spotkają w lesie samotnego przedstawiciela obcego plemienia, za równie oczywiste i wysoko etyczne uważają zatłuc go kijami na śmierć, a jego głowę zatknąć na tyczce. Potem zwykli po równo dzielić się jego dobytkiem i wracają pobawić się z dziećmi oraz opiekować się starcami. Biologicznie i ewolucyjnie jest to zrozumiałe. Małpy też tak robią.  

Jednak to, co jest ciekawe w naszej ewolucji, to moment, w którym ów system rozpoznania przeszedł w obszary poznawcze (u małp w sumie też) i językowe (to już tylko nasze). 

Innymi słowy, w którymś momencie FOF (friend or foe) zaczął być używany na podstawie etykiet. 

Jedną z takich etykiet stała się religia.  

Religia jako system rozpoznawczy FOF 

Religia (w rozumieniu zestawu wierzeń i wspólnych rytuałów) jest odpowiedzią na potrzebę wspólnych etykiet, które programowały nasz system FOF i dały nam możliwość organizowania się w grupy większe niż bezpośredni znajomi.  

No bo wyobraź sobie. Zamiast zatłuc w lesie każdego kogo się nie znało, można było się spotkać na święcie równonocy, popić, potańczyć, a potem nosić symbol np. bogini płodności i zamiast się bić, zacząć obgadywać ludzi z symbolami np. węża i przemoc zostawić tylko dla obcych. A potem jakiś cwany wódz powiedział: My wyznawcy słońca, piorunów czy jaguara musimy się trzymać razem przeciwko tym wrednym wyznawcom …. Wstaw sobie cokolwiek. I tak, to szło w parze. 

W tym momencie nie znam wystarczająco przekonujących dowodów naukowych, wskazujących co było pierwsze. Czy ludzie przypadkiem wymyślili religię i wierzenia, a potem niejako przypadkiem zaczęli jej używać jako etykiety dla systemu swój-obcy, by mogli dzięki temu zacząć się łączyć w większe grupy? Czy też ludzie szukali jakichś wspólnych etykiet łączących kilka plemion i by to umożliwić ,,wymyślili” religię. Efekt jest jednak taki, że wydaje się, iż w naszym mózgu jest ewolucyjnie puste miejsce, czysta kartka do zapisania. Kartka o tytule ,,wierzenia”. Wysyp ideologii w XX i XXI wieku tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Po upadku starych religii, ludzkość nie poszła w oświecony racjonalizm, tylko cofnęła się w stronę bardziej prymitywnych ideologii.  

Podsumowanie 

Osobiście wydaje mi się, że system swoi i obcy jest tak potężny i tak naturalny, że niemożliwym jest jego wykorzenienie. Potrzeba wierzeń to wariacja takiego właśnie mechanizmu. Oba te systemy ściśle ze sobą współgrają, byśmy mogli bezpiecznie żyć i jako ludzie musimy to wziąć pod uwagę. 

Naszą szansą jest poszukiwanie wspólnoty. Wspólnoty w pewnych wierzeniach. Mam nadzieję, że następny prorok przedstawi nam pozytywną wizję dla nas jako wszystkich ludzi. Wizję spójną z naszą wiedzą i uznającą wszystkie jednostki za jedną, nierozłączną wspólnotę. Innymi słowy, albo ktoś szybko znajdzie coś mocnego i naukowo do przyjęcia, albo miejsce to zostanie zawłaszczone przez różnego typu toksyczne ideologie. I skończy się to w ten sam sposób, w jaki skończył się 20 wiek. Nie wiem jak ty, ale historia obozów koncentracyjnych i gułagów przekonała mnie, że ,,rasa” i ,,klasa” jako systemy rozpoznawania FOF, nie dają satysfakcjonujących rezultatów.   
Nie wiem jak ty, ale ja trzymam kciuki za jakieś nowe dobre wierzenia. 

Mały przepis:  

  1. Musi to być możliwe do przyjęcia dla każdego człowieka. 
  1. Nie może wykluczać na podstawie arbitralnej niemożliwej do zmiany cechy. 
  1. Być niesprzeczne z wiedzą naukową.  

Ktoś? Coś? 

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz. 🙂

Share

Nauka a wartości 

Czas czytania: 3 min

Defenestracja a fenomenologia  Czyli co się stanie jeśli wyrzucisz kogoś z okna?

Powiedzmy, że wyrzucasz kogoś przez okno z 7 pietra. Przyspieszenie ziemskie wynosi ,,g”, wysokość 50 metrów. Nauka bez wątpliwości mówi, że 70 kg człowiek po upadku z 50 metrów uderzy w ziemie z siłą około ,,x” Newtonów. Ogromne prawdopodobieństwo, że umrze. Jakie? Na to odpowiada statystyka upadków z 7 piętra. 

Można też dowolnie żonglować zmiennymi: 60 kg, 100 metrów, opory powietrza. Niemniej jednak, problem rozwiązany. I tym się zajmuje nauka. Rozwiązywaniem prosto zdefiniowanych problemów… 

Tym, czym metoda naukowa się nie zajmuje, to czy wyrzucenie kogoś z okna z 7 pietra, to czyn dobry, czy zły. Innymi słowy, czy masz prawo wyrzucić kogoś z okna. Czy to dobrze, czy źle? To nie są pytania naukowe. Co to znaczy? Znaczy to, że nie można ich rozwiązać przez eksperyment, a to znaczy, że według nauki nie istnieją.  

Np. przypomnij sobie jakieś ważne wydarzenie z zeszłego tygodnia. Albo smak swojej ulubionej potrawy. Zamknij oczy i przypomnij sobie. Widzisz to, czujesz? 

Otóż według nauki nic nie widzisz i nic nie czujesz. Nie da się tego zbadać, więc nie istnieje. I tyle, zajmijmy się lepiej trajektoriami rakiet. Całe twoje subiektywne doświadczenie, wspomnienia, dialog wewnętrzny, wartości, są obiektywnie niedostępne. Więc nie da się ich zbadać metodą naukową. Nie da się zbadać… Teraz następuje, skrót myślowy, który mówi, że skoro nie da się czegoś zbadać, to nie istnieje. Ale powiedz sam, masz jakieś subiektywne doświadczenie? Oczywiście, że masz. To jest fakt. 

Po prostu, niedostępny instrumentom badawczym. „Metoda naukowa” nie zajmuje się subiektywnym doświadczeniem, bo nie ma narzędzi i jej podstawa epistemologiczna na to nie pozwala. Ale subiektywne doświadczenie to dość ciekawa sprawa. I tu wchodzi fenomenologia. 

Fenomenologia.  

Fenomenologia zaczyna od stwierdzenia prostej rzeczy. Twoje przeżycia wewnętrzne istnieją. To fakty. Fenomeny. I tyle. To nie są fakty, które mówią cokolwiek o przestrzeni obiektywnej, niemniej jednak istnieją. Mimo, że nie można ich obiektywnie udowodnić powtarzając eksperyment, to istnieją w twoim subiektywnym doświadczeniu. Twoje wartości nie dają się badać mikroskopem. Ale przyjęcie tego aksjomatu, że twoje subiektywne doświadczenie jest prawdziwe otwiera, a raczej odzyskuje pole dla etyki. Dla zadawania sobie pytania nie tylko co się stanie, gdy wyrzucisz kogoś z okna, ale także pytania czy to jest czyn dobry czy zły.  Bo to pytanie jest rozstrzygane właśnie w przestrzeni fenomenologicznej. Etyka to nauka o dobrym działaniu. O rozstrzyganiu słuszności czynów. O wartościach. Czyli o tych fenomenach, które w sobie nosisz, których nie możesz zobaczyć pod mikroskopem a na podstawie których podejmujesz decyzje o tym jak postępujesz.  

Czczenie nauki 

Nauka dala nam helikoptery, wieżowce i leki na odrę i ospę. Jest absolutnie podstawowym narzędziem do rozwoju ludzkości. Ale metoda naukowa to narzędzie i tylko wyłącznie narzędzie. Świetnie się sprawdza do rozwiązywania pewnej klasy problemów. Łatwo definiowalnych i możliwych do ubrania w pewien bardzo formalny język matematyczny.  Jest tak skuteczna, że po kilkuset latach zapomnieliśmy, że nie jest wszechmocna.  

Łatwo się zapomnieć. Łatwo zacząć czcić coś tak mocarnego. Ale to jak rozpocząć czczenie młotka czy innego śrubokręta. Wbijam gwoździe. Oj robisz to tak wspaniale, odpowiedz mi jaki jest sens życia? Łup łup. Świetny pomysł prawda?  

Podsumowując… 

Do badania różnych rzeczy potrzebne są różne metody.  

Parafrazując:  

Oddajcie tedy nauce to co naukowe, a etyce to co ważne. 

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz. 🙂

Share

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Czas czytania: 3 min

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie są zdolni do zła. Naprawdę – nie ufam. Bo jeśli ktoś nie widzi w sobie ciemności, to znaczy, że prędzej czy później zobaczy ją gdzieś indziej. W sąsiedzie. W partnerce. W obcym. A potem zrobi wszystko, by tę ciemność zniszczyć. Bez litości. Bez refleksji. Z czystym sumieniem. To jest właśnie ten paradoks: najwięcej zła na świecie dzieje się w imię dobra. Eichmann i Hitler spali spokojnie przekonani o swoich racjach. Beria nucił sobie do snu Mozarta, kiedy znudziły mu się gwałty.  Historia pokazuje to z druzgocącą konsekwencją: człowiek, który nie zna swojego cienia, jest niebezpieczny.

Cień, który nas ocala

Carl Jung mówił o „cieniu” – tej części nas, którą wypieramy, którą chowamy pod dywan, której się wstydzimy. I która z chęcią obdarowujemy naszych wrogów aby ich odczłowieczyć. Ale właśnie kontakt z cieniem czyni nas pełnymi. Tylko wtedy, gdy potrafię powiedzieć: „Tak, jestem zdolny do okrucieństwa, do egoizmu, do zdrady”, mogę naprawdę wybierać inaczej.

Bo jeśli wierzę, że jestem dobry z natury, że nie mam w sobie mroku – wtedy każdy błąd innego człowieka staje się przestępstwem przeciwko porządkowi świata. I trzeba go ukarać. Zniszczyć. Wyeliminować.

To nie są tylko abstrakcje. Widzimy to w codziennym życiu. Ktoś się spóźnił – nie dlatego, że miał zły dzień, tylko dlatego, że mnie nie szanuje. Ktoś podniósł głos – nie dlatego, że jest zmęczony, tylko dlatego, że jest toksyczny. Ktoś mnie zawiódł – więc to potwór, którego trzeba wymazać z życia. Zero refleksji, pełna projekcja.

Granica między dobrem a złem…

Tymczasem gdy znam swój cień, łatwiej mi zrozumieć cudzy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Ale żeby być człowiekiem, nie sędzią.

Bo zdolność do zła jest egzystencjalnym składnikiem człowieczeństwa.  Jesteśmy zrobieni z tego samego materiału co święci i mordercy. Wszyscy mamy w sobie zdolność do współczucia – i do zdrady. Do przebaczenia – i do przemocy.

I tylko świadomość tego daje nam wybór. Jak mawiał Sołżenicyn „Granica między dobrem a złem przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – lecz przez serce każdego człowieka i przez wszystkie serca ludzkie.”

Z krwi i kości

Czasem przyłapuję się na tym, że jestem rozdrażniony, że oceniam, że chciałbym po prostu kogoś „skasować” z życia. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Pełnym sprzeczności, impulsów, niezrealizowanych potrzeb. I tylko ta świadomość daje mi wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mi spuścić trochę ciśnienia z tej całej duchowej perfekcji. Przestać być ideałem. Zacząć być sobą.

Bo jeśli ja wiem, że nie jestem idealny, to i Tobie dam prawo do błędu. Jeśli ja potrafię sobie z trudem wybaczyć, to może i Tobie uda mi się wybaczyć trochę łatwiej. I nagle w tym całym bałaganie robi się miejsce na coś, co naprawdę zmienia świat – nie moralność, nie prawo, ale współczucie – duch, dzięki któremu możliwa jest litera.

Święci, którzy znają swój cień

Prawdziwi święci nie byli ślepi na swoje słabości. Byli ich boleśnie świadomi. Teresa z Ávili pisała o swoich duchowych suchych pustyniach. Ignacy Loyola walczył z pychą. Franciszek z Asyżu miał momenty tak głębokiej ciemności, że mógłby równie dobrze zostać alkoholikiem, a nie świętym. A Tomasz z Akwinu modlił się, że jakkolwiek chciałby powiedzieć coś mądrego na każdy temat to jeszcze bardziej chciałby zachować jakiś przyjaciół…

I właśnie dlatego byli wolni. Bo nie musieli udawać. Nie musieli projektować. Byli sobą – z całą ludzką niedoskonałością. I z tą właśnie niedoskonałością potrafili się zaprzyjaźnić.

To nie znaczy, że mamy się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu. Ale, że warto ją poznać, zamiast udawać, że jej nie ma. Znać swój cień to jak znać mapę własnego miasta – nawet jeśli czasem się w nim zgubisz, wiesz przynajmniej, dokąd wracać.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Nasruddin Anioł

Czas czytania: 2 min

Nasruddin Anioł – Czyli o tym, co może nas naprawdę przerazić

Pewnego ranka człowiek wędrował wzdłuż wybrzeża. Spokojnie stawiał krok za krokiem, ciesząc się morską bryzą. Nagle dostrzegł na horyzoncie postać. Zbliżała się szybko i wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

Po chwili wędrowiec rozpoznał sylwetkę. To był Herkules! Legendarny heros biegł w jego stronę, zdyszany i roztrzęsiony, krzycząc:

— Zawracaj!

Kiedy się zrównali, wędrowiec zauważył, że Herkules był blady i spanikowany. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie.

— Herkulesie! Co się stało? Co cię tak przeraziło? Ciebie – największego z bohaterów?

Herkules rozejrzał się, upewnił, że nic ich nie śledzi, po czym powiedział:

— Chodź, zawracajmy. Opowiem ci po drodze.

Opowieść Herkulesa

— Szedłem tą samą drogą co ty — zaczął Herkules. — Zatrzymałem się przy kopcu mrówek, bo zawsze lubię popatrzeć na ich pracę. Ale coś było nie tak. Mrówki leżały przywiązane na maleńkich leżaczkach, pod kolorowymi parasolkami, z drinkami w łapkach. Kiedy królowa mrówek mnie zauważyła, krzyknęła:

— Ratunku! Uwolnij nas, Herkulesie! Nie każ nam więcej odpoczywać!

Uwolniłem je, a one od razu zabrały się do pracy. Nie chciały rozmawiać, więc poszedłem dalej.

Dotarłem do wioski leniwców, gdzie zwykle panował cudowny spokój. Tym razem zastałem je przymocowane do bieżni treningowych. Kiedy któryś z leniwców zwalniał, bieżnia raziła go prądem, aż znowu przyspieszył. Uwolniłem je i rozwaliłem te okrutne maszyny w drobny mak.

Ale to nie koniec…

W kolejnych wioskach było tylko gorzej. Niedźwiedzie zmuszano do mycia zębów po każdym miodzie. Lisy siedziały w szkolnych ławkach i uczyły się etyki i prawa własności. Krokodyle oglądały komedie, żeby przestać płakać, a hieny – dramaty, żeby zrozumieć głębię smutku i przestać się śmiać.

Kiedy uwolniłem lwy karmione wyłącznie warzywami, coś zaczęło mi świtać. Ale dopiero w wiosce wesołych, tłustych fok zrozumiałem wszystko.

Nasrudin Anioł

– Powiem Ci tak wędrowcze. Zatłukłem hydrę i zszedłem do podziemnego świata, aby uprowadzić Cerbera. Nie boję się prawie niczego. Lecz gdy zobaczyłem, jak święty mędrzec Nasruddin wydaje rozkazy swoim „Bojownikom Dobra”, żeby pilnowali plemienia fok, któremu rozkazał się odchudzać… gdy zobaczyłem, jak na płaczliwe focze skargi zaczyna wymachiwać bronią i wrzeszczeć: „TO DLA WASZEGO DOBRA!” … spanikowałem …

Tylko jedna rzecz na świecie potrafi wywołać u mnie lęk:

Święci, którzy uważają, że wiedzą lepiej od Ciebie co jest dla Ciebie dobre.

Święci, którzy uważają, że maja prawo Cię do tego zmusić wszelkimi sposobami… dla twojego dobra.

Wędrowiec kiwnął głową. Nie musiał pytać więcej.

Zawrócili razem i ruszyli szybkim krokiem z powrotem, by jak najszybciej oddalić się od tej „Anielskiej Krainy”.


Czasem najgroźniejsze potwory niosą świetlisty sztandar.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Smok, który nie znał przepowiedni

Czas czytania: 2 min

O pewnym potworze, który robił to, co chciał – aż pękł.

Był kiedyś smok. Czarny, wielki, zły. Taki z tych najgorszych – nie tylko zionął ogniem, ale jeszcze z satysfakcją uwielbiał zjadać tłuste krowy, grabić skarby i porywać księżniczki. Czasem nawet nie dla okupu. Po prostu – dla rozrywki.

Wieśniacy próbowali z nim walczyć. Z widłami i pochodniami, z okrzykiem „Za wolność i przyszłe plony!” ruszyli na smoczą jamę. Ale smok miał inne zdanie. Jednym machnięciem łapy rozsypał ich po jaskini jak ziemniaki z przewróconego kosza. Jednych zjadł, reszta zdążyła zbiec – i tak się skończyło bohaterstwo ludowe.

Później przysłano rycerzy. Pojedynczo, w parach, a potem całą gwardią. Smok strącał ich z koni, topił w rzece, roztapiał zbroje samym spojrzeniem. I nie żeby był zły do szpiku kości – po prostu lubił wygrywać.

Zjechali się w końcu najlepsi: łucznicy, wojownicy z dalekich krain, nawet jeden szewczyk – sprytny, z twarzą niewinną, a owcami wypełnionymi siarką i prochem. Smok pozwolił mu nawet przywlec te owce do jego pieczary, lecz potem zmusił go, by część z nich zjadł, a resztę wrzucił do rzeki.

Ludzie byli zrozpaczeni. Wtedy to przypomnieli sobie o przepowiedni. Przyszli mędrcy, przeliczyli znaki, zapalili kadzidła i rzekli:

– Oto nadszedł czas. Smok może być pokonany tylko przez prawowitego króla, który sięgnie po miecz i ruszy do walki uzbrojony w prawdę, honor i odwagę.

Król nie był młody. Ani szybki. Ale wierzył w przepowiednie. Włożył trochę za ciasną zbroję, uniósł miecz – i ruszył. Smok wyszedł z jaskini, przeciągnął się, ziewnął – i jednym kłapnięciem zębów zakończył królewską karierę.

– To nie był prawowity król – ogłosili mędrcy. – Przepowiednia nie może się mylić.

I tak zaczęło się wysyłanie kolejnych kandydatów – królów, książąt, prezydentów i samozwańców. Każdy padał. Smok już nawet nie zionął ogniem. Czasem tylko spojrzał – i to wystarczyło.

Z czasem rycerze przestali przyjeżdżać. Księżniczki – ukryto. Skarby? Już nikogo nie obchodziły. Wieśniacy zauważyli, że jeśli podrzucą mu kilka krów pod jamę, smok nie wychodzi. Leży. Zje. Zaśnie. Cisza.

Minęły lata.

Smok tył, spał i śnił. Śnił o pojedynkach, rycerzach, walce… Trochę mu tego brakowało, ale coraz mniej. Już nie polował. Już nie latał. Nawet nie wiedział, że nie może – bo nie próbował.

Tuczył się i tuczył, aż stał się tak tłusty, że zapadł się w sobie i umarł na zawał serca.

Tak zakończyła się historia największego, najstraszniejszego smoka. Nie pokonał go ani miecz, ani ogień, ani los.
Pokonał go tłuszcz i brak wyzwań.


Rycerz cię nie pokona. Król cię nie pokona. Los cię nie pokona.
Lecz gdy spoczniesz na laurach – sam siebie pokonasz.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Na szczęście nie wiadomo.

Czas czytania: 3 min

Ciekawość w niepewności – jak żyć bez klucza odpowiedzi

Czasami mam takie fantazje. Wyobrażam sobie, że życie to po prostu test wielokrotnego wyboru. Masz przed sobą arkusz, pytanie i cztery możliwe odpowiedzi. A, B, C albo D. Jedna z nich jest właściwa. Wybierasz, oddajesz kartkę, ktoś to sprawdza, stawia ocenę, i już wiesz na czym stoisz. Bez stresu, bez nadinterpretacji, bez odpowiedzialności.

Brzmi kusząco, prawda? Przynajmniej w porównaniu z rzeczywistością, w której codziennie próbujemy podejmować decyzje, nie mając pojęcia, czy robimy dobrze. Czy to był właściwy kierunek studiów? Czy to „ta osoba”? Czy warto było zmienić pracę, miasto, siebie?

Problem w tym, że życie nie przypomina testu. Nikt nie wręcza ci arkusza z pytaniami. Bardziej przypomina sztukę – nieprzewidywalną, intymną, bez wzoru. Może obraz. Może rzeźbę. Może coś, co na początku w ogóle nie wygląda jak coś. I właśnie dlatego bywa tak trudne.

Zamiast klucza – pędzel

Wyobraź sobie, że dostajesz płótno. Czyste, duże, całkowicie białe. Nikt nie daje ci szkicu, nie mówi, czego się spodziewać. Dostajesz tylko pędzel i trochę farby. I sugestię: rób swoje.

Brzmi pięknie, ale po chwili przychodzi strach. Co, jeśli wybiorę zły kolor? Co, jeśli zacznę nie tam, gdzie trzeba? Co, jeśli inni malują lepiej, pewniej, „z sensem”, a ja tylko coś psuję?

Ale przecież w sztuce nie chodzi o to, żeby się nie pomylić. Sztuka to nie tabela, którą trzeba dobrze wypełnić. To proces – czasem piękny, czasem chaotyczny, czasem absolutnie niezrozumiały. Czasem tworzysz coś, co cię zaskakuje. Czasem – coś, czego się wstydzisz. Ale wszystko staje się częścią tego, kim jesteś.

Szkoła nas tego nie nauczyła. Szkoła kazała szukać jedynej dobrej odpowiedzi. I wielu z nas nie potrafi się z tego schematu wyzwolić. Próbujemy „dobrze żyć”, jakby ktoś kiedyś miał nam wystawić ocenę.

Ale życie nie jest sprawdzianem. Nie ma punktów, nie ma czerwonych długopisów, nie ma poprawkowych terminów. Nie ma ostatecznej księgi życia, w której sprawdzisz, czy zdałeś.  Jest tylko to, co tworzysz. To, co ryzykujesz. To, co zostaje.

Skoro nie ma odpowiedzi, to czy można się pomylić?

Przerażające może być  w tym wszystkim, że nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nie tylko ty. Nikt. Nawet ci, którzy sprawiają wrażenie, że mają wszystko poukładane. Nawet ci, którzy dają ci rady z tonem niepodważalnej pewności.

Każdy z nas siedzi przed własnym płótnem. Każdy z nas czasem zamalowuje poprzednie warstwy, czasem zbyt długo patrzy na biel i nie wie, od czego zacząć. To nie jest słabość- to normalne.

Ale skoro nikt nie wie, co jest „poprawne”, to żaden wybór nie może być oczywistym błędem. Każdy z nich coś odsłania, każdy coś wnosi, każdy – nawet ten, który potem zamalujesz – był potrzebny, by dotrzeć do miejsca, w którym jesteś.

I w tym jest ulga. Głęboka, cicha ulga. Bo jeśli nie ma klucza odpowiedzi, to może wcale nie trzeba się tak strasznie bać. Nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nikt. Nie ma odpowiedzi nie ma błędów. I może tutaj zacznie się sztuka…

Zamiast przerażenia: „Nie wiem, co będzie dalej!”
Może ciekawość: „Wow, co będzie dalej?”

Na szczęście… nie wiadomo.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Róże, kolce i zwycięska cywilizacja.

Czas czytania: 2 min

Róże, kolce i zwycięska cywilizacja.

W odległym i tajemniczym zakątku świata istniało niezwykłe plemię Róż. Od niepamiętnych czasów żyły one w spokoju i harmonii we własnym królestwie kwiatów. Każda z nich posiadała wyjątkową cechę – ostre kolce, które skutecznie odstraszały wrogów i chroniły kwiaty przed zniszczeniem.

Jednak z biegiem lat i pokoleń, Róże powoli zaczęły tracić świadomość tego, po co mają kolce. Działały one na tyle dobrze, że coraz mniej Róż zdawało sobie sprawę z istotnej funkcji, jaką pełniły ich ostre wyrostki. Wiedza o zewnętrznych zagrożeniach, które kiedyś zagrażały ich przodkom, stopniowo zanikała, aż w końcu przestała być przekazywana młodszym pokoleniom.

Pewnego dnia jedna z młodszych Róż, która nie pamiętała o istotnej roli swoich kolców, postanowiła się ich pozbyć. Uznała, że są one nieestetyczne i przeszkadzają w codziennym życiu. Wkrótce inne Róże podzieliły jej zdanie i również zaczęły zrzucać swoje kolce, sądząc, że dzięki temu staną się piękniejsze i bardziej lubiane.

Niestety, gdy kolce zniknęły, roślinożercy zauważyli, że ich dawni wrogowie już się przed nimi nie bronią. Zwierzęta zaczęły atakować królestwo Róż, zrywając je z łodyg i pożerając. W krótkim czasie ogromna część królestwa została zniszczona, a Róże uświadomiły sobie, że popełniły straszliwy błąd.

Przerażone Róże postanowiły poszukać najstarszego i najmądrzejszego członka plemienia, Różę Mądrości, aby zasięgnąć jej rady. Róża Mądrości, która wciąż posiadała swoje kolce, opowiedziała im o ich dawnym celu.

Róże zrozumiały swój błąd i zaczęły na nowo pielęgnować swoje kolce. Przekazywały sobie nawzajem prawdę o ich przeznaczeniu, aby żadna z nich nie zapomniała, dlaczego są one tak ważne. W miarę jak ich kolce rosły na powrót, wrogowie ponownie zaczęli się ich obawiać, a królestwo Róż powoli wróciło do swojego dawnego spokoju i harmonii.

Ta opowieść przypomina nam, że czasami, gdy coś działa niezwykle skutecznie, możemy zapomnieć, dlaczego jest to potrzebne, i pozbywamy się tego, nie zdając sobie sprawy, że właśnie to chroni nas przed niebezpieczeństwem. Gdy jednak mamy szczęście i zrozumiemy, jak cenne są te rzeczy, które odrzuciliśmy, możemy odbudować naszą ochronę i nauczyć się na nowo doceniać wartość tego, co posiadamy.

Tak jak Róże, które nauczyły się ponownie docenić swoje kolce, również my powinniśmy pamiętać, że nie wszystko, co wydaje się nam niepotrzebne lub przeszkadzające, jest takie w rzeczywistości. Czasami to właśnie te rzeczy chronią nas przed jeszcze większymi problemami i niebezpieczeństwami, których nie dostrzegamy, gdy ochrona jest bardzo skuteczna.

Ważne jest, aby zrozumieć i docenić wartość różnych cech i zjawisk, zanim beztrosko się ich pozbędziemy. Czy jest to szczepionka przeciw odrze, posiadanie armii czy wolność słowa…

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share