Jest wiele takich jak ona. Ale ta jest moja.

Czas czytania: 3 min

Czyli co wspólnego ma pieśń Marines z miłością.

„This is my rifle. There are many like it, but this one is mine.”

Ten cytat z pieśni Marines zawsze wydawał mi się jednocześnie absurdalny i głęboko ludzki. Bo przecież karabin jest produktem seryjnym. Fabryka wypluwa tysiące identycznych egzemplarzy. Metal, plastik, numer seryjny. Obiektywnie rzecz biorąc — jeden z wielu.

A jednak żołnierz dostaje właśnie ten konkretny egzemplarz. Nosi go. Czyści. Zasypia obok niego. Idzie z nim przez błoto, strach i samotność. I po jakimś czasie to już nie jest „jeden z wielu karabinów”.

To jest jego karabin.

Nie dlatego, że był idealny. Nie dlatego, że był najlepszy na świecie. Tylko dlatego, że przeszedł z nim kawałek życia.

I mam czasem wrażenie, że dokładnie tak działa miłość.

Bo może jednym z największych kłamstw współczesności jest przekonanie, że gdzieś istnieje „ta jedyna”, perfekcyjnie dopasowana osoba. Że jeśli będziemy wystarczająco długo scrollować Tinder, analizować red flagi, green flagi, style przywiązania, horoskopy, kompatybilność emocjonalną i wspólne zainteresowania, to znajdziemy człowieka, przy którym wszystko będzie oczywiste i bezwysiłkowe.

Jakby sens relacji był ukryty w obiektywnych cechach drugiego człowieka.

A ja coraz częściej myślę, że to działa odwrotnie.

To więź nadaje znaczenie.

Nie obiektywność.

Nie idealne dopasowanie.

Nie ranking cech.

Więź.

Bo prawda jest taka, że istnieją tysiące ludzi, z którymi potencjalnie moglibyśmy stworzyć udany związek. Tysiące. Może dziesiątki tysięcy. Ludzie są dużo bardziej kompatybilni, niż chcieliby romantycy i algorytmy aplikacji randkowych.

Tylko że człowiek nie zakochuje się naprawdę w „najlepszej możliwej opcji”. Człowiek zakochuje się w historii, którą współtworzy.

W „nas”.

I właśnie to „nas” jest święte.

Bo kiedy razem przeżyjecie pierwsze wakacje, pierwszy kryzys, pierwszą stratę, wspólny śmiech o drugiej w nocy, narodziny dziecka, chorobę kota, przeprowadzkę, lęki, tysiące małych rytuałów — ta osoba przestaje być „jedną z wielu”.

Staje się twoja.

Nie w sensie własności. Nie jak przedmiot.

Tylko w sensie przynależności historii.

Tak jak mówi się:
„To mój przyjaciel.”
„To moja mama.”
„To mój człowiek.”

Nie dlatego, że inni nie mogliby pełnić podobnej roli. Tylko dlatego, że właśnie z nim przeszedłeś ten kawałek drogi.

Mam czasem wrażenie, że dzisiejszy świat strasznie boi się tej prawdy. Bo jeśli sens relacji tworzy się przez wspólne doświadczenie, lojalność i czas… to oznacza, że miłość nie jest tylko uczuciem. Jest też decyzją.

A decyzja oznacza rezygnację.

„Wszystko przemija, a wybór wyklucza.”

Kiedy wybierasz jednego człowieka, rezygnujesz z miliona innych potencjalnych historii. I to budzi współczesny egzystencjalny lęk. Bo może „tam gdzieś” istnieje ktoś jeszcze bardziej dopasowany? Jeszcze bardziej atrakcyjny? Jeszcze bardziej ekscytujący?

Pewnie istnieje.

I co z tego?

To trochę jak z domem rodzinnym. Obiektywnie istnieją piękniejsze domy. Lepsze kuchnie. Wygodniejsze kanapy. Ale kiedy wracasz po latach do miejsca, gdzie ktoś robił ci herbatę podczas gorączki, gdzie słyszałeś rodziców, gdzie płakałeś po pierwszym rozczarowaniu — to już nie jest tylko budynek.

To jest twój dom.

Znaczenie nie powstało z jakości ścian.

Powstało z więzi.

I chyba dlatego relacje tak bardzo niszczy współczesny perfekcjonizm. Ta część kultury, która mówi:
„Możesz znaleźć lepszą opcję.”
„Nie ograniczaj się.”
„Zasługujesz na więcej.”
„A może ktoś idealniejszy jest dwa swajpy dalej?”

Tylko że człowiek to nie telefon do wymiany co dwa lata.

A miłość nie jest castingiem.

Najpiękniejsze związki, jakie widziałem w życiu, nigdy nie były idealne. Czasem nawet z zewnątrz wyglądały dziwnie. Ludzie mieli różne temperamenty, wady, nawyki doprowadzające się nawzajem do szału. Ale mieli coś ważniejszego.

Mieli wspólny świat.

Wspólny język.

Wspólne doświadczenie cierpienia i zachwytu.

A tego nie da się kupić ani zoptymalizować.

To trzeba przeżyć.

Donald Winnicott, brytyjski psychoanalityk, miał pojęcie „wystarczająco dobrej matki”. Nie idealnej. Wystarczająco dobrej. I może dokładnie tak samo jest z miłością.

Nie szukajmy idealnej osoby.

Wybierajmy wystarczająco dobrą.

A potem, poprzez tysiące wspólnych chwil, uczyńmy ją kimś niepowtarzalnym.

To więź tworzy wyjątkowość.

Nie wyjątkowość tworzy więź.

I może właśnie dojrzała miłość zaczyna się wtedy, kiedy przestajesz pytać:
„Czy to najbardziej idealna osoba na świecie?”

A zaczynasz mówić:
„Jest wiele takich jak ona. Ale ta jest moja.”

I nagle okazuje się, że to wystarcza.

Share

Tak jak umiałem…

Czas czytania: 2 min

Tak jak umiałem…

Przeglądając wstęp do pewnej książki o historii malarstwa, natknąłem się na coś, co poruszyło mnie bardziej niż wiele arcydzieł największych mistrzów.
Otóż posłuchaj, Czytelniku:
Pewien holenderski artysta, Jan van Eyck, podpisując niektóre swoje dzieła, do imienia i nazwiska dodawał dopisek:
„Tak jak umiałem.”
Niby nic, a jednak…

Dotarło do mnie (artysty amatora i profesjonalisty psychoterapeuty), czym jest istota tego dodatku. Dotarło do mnie, jakim dziełem sztuki jest to proste zdanie.


Tworzenie nie jest łatwe. Obraz, artykuł, wiersz, warsztat czy sesja psychoterapii — walczysz ze swoim lenistwem, brakiem kunsztu. I z największym krytykiem. Największym i najstraszniejszym. Takim, który zna nie tylko twoje najlepsze dzieła, ale widzi twoje słabości i patrzy ci na ręce przez cały proces twórczy. Takim, który wie, że to nie jest twoje największe dzieło, i porównuje cię z Picassem, Pearlsem, Słowackim czy Mozartem.
Oczywiście tym krytykiem jesteś ty sam.

Tylko ty nie masz dla siebie litości

Dla innych odbiorców twoje dzieło to po prostu coś. Albo się podoba, albo nie. Nikt nie ma dla twoich tworów zbyt wiele czasu.
Ale ty jako krytyk nie oceniasz po prostu dzieła. Oceniasz swoją wartość. Stawka jest wysoka. Presja — ogromna.

I tutaj wchodzi Jan van Eyck.
To proste zdanie „tak jak umiałem” jest efektem ogromnej pracy. Zawiera w sobie setki wysłuchanych od siebie krytycznych przemów. Dni i tygodnie depresji. Morza smutku. Desperacji, kiedy nie jesteś w stanie nic stworzyć. Poczucia braku wartości, kiedy nie jesteś perfekcyjny.
To jest pole gry.

Jedyną odpowiedzią na tę nieludzką surowość wobec samego siebie, na to zimne okrucieństwo, jest właśnie taka iskierka litości.
Odpowiedzią na to wszystko jest potraktowanie siebie samego jako człowieka — pięknego mimo swoich niedoskonałości.
Danie sobie tej odrobiny miłości i wsparcia, kiedy wiesz, że dałeś z siebie wszystko, ale i tak nie jest to najlepsze z twoich dzieł.

Wystarczająco dobrze…

Kiedy wpadniesz już na jakiś pomysł i zabierasz się do działania, masz przeczucie, że to będzie twoje największe arcydzieło, że stworzysz coś ważnego.
A potem, przy kolejnych maźnięciach pędzla, aranżacji akordów czy doborze słów do zdania, docierało do ciebie, że nie sprostasz temu, co sobie wymarzyłeś.

I teraz możesz wyrzucić to wszystko w diabły…
Albo właśnie położyć sobie metaforyczną, wspierającą rękę na ramieniu i szepnąć sobie:
„Dałeś z siebie wszystko. Tak jak umiałeś.”

Przeżyj tę krótką żałobę po niestworzonej perfekcji, dokończ i pokaż…

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Przygarnij potworka

Czas czytania: 5 min

Przygarnij potworka

Załóżmy, że jest w tobie potworek. Taka malutka, łatwa do przeoczenia istotka. To może być np. „Uwielbiający słodycze” lub bestyjka ”Wypiję jeszcze tylko jednego”. To może być potworek „W lato obracam się za każdą kobietą w sukience” lub tyci demonek „Wstyd się przyznać, ale z przyjemnością patrzę na muskularnych facetów z jednodniowym zarostem i nie ważne, czy potrafią dodawać”.

Bakcylek torebek za pół pensji, nigdy nie skasowanego z telefonu Tindera, albo świntuszek wieczornych, samotnych seansów, przy krótkich filmach bez dialogu, za to, z plejadą zmieniających się aktorek.

W każdym razie, jest to jakaś twoja słabostka, której jesteś bardziej lub mniej świadom, ale która nie mieści się w twoim wachlarzu tematów, którymi dzielisz się z przyszłymi teściami przy wigilijnym stole.

Pewnie próbujesz walczyć z potworkiem. W kuźni słuszności, w ogniu przykazań dobrego żywienia i dobrego smaku, wykuwasz miecz poczucia winy i… szarża na bydlaka. Bitwa.

Uderzasz mocnymi ciosami wstydu i zaklęciami: „To się więcej nie ma prawa powtórzyć”, „Od jutra z tym koniec” i „Tak nie można, co by powiedział/a/eli  (znajomi, mama, tata, mąż, żona, papież)?”.

Wreszcie, po ciężkiej walce i użyciu całej mocy magii poczucia winy, zapędzasz potworka w mroki nieświadomości… i  jak zwycięzca odchodzisz do swoich spraw.

Tylko gdybyś człowieku zobaczył jego minę…

Gdybyś spojrzał…

Zobaczyłbyś wielki syty uśmiech.

A gdybyś przysłuchał się dźwiękom, które wydaje…

To usłyszałbyś błogie: „mniam, mniam, mniam”.

On tylko na to czekał…

Bo im bardziej z nim walczysz, tym staje się silniejszy.

Cykl Życiowy Potworka

Cykl życiowy potworka jest następujący. Pojawia się pod postacią drobnej myśli o grzeszku. Następnie zaczyna tuczyć się na twoim zgorszeniu i poczuciu winy.  Kiedy urośnie wystarczająco, atakuje.

Przejmuje kontrolę, a ty kończysz o 2 w nocy z buzią wysmarowaną resztkami czekolady, niepotrzebną torebką albo trzecią wiertarką. To przynosi ulgę od poczucia winy. Na chwilę. Bo zaczyna się moralniak i zaklęcia „To się więcej nie powtórzy”… Zakończone twoim niby zwycięstwem, a tak naprawdę słodkim ”mniam, mniam, mniam” potworka.

Potworek: Cześć! Może zjemy dziś hamburgera?

Ty: Jestem potworem, skąd u mnie, weganina, takie myśli? Tam krowy i kurczaki giną w męczarniach (poczucie winy).

Potworek: Mmm… mniam, mniam, mniam (Zwiększanie rozmiaru i siły)

Jak widzisz ten nasz pan słodyczowy, zboczony, czy też inny podobny, wszystkie mają jeden ulubiony posiłek, a jest to twoje poczucie winy. Na tym, tak naprawdę, się pasą. Czerpią energię z twojej niechęci i z twojej nienawiści. Taplają się w pogardzie, jak ryba w wodzie. Nie da się z ich zabić. Nie da się ich zniszczyć, nie da się ich pokonać w walce.

Bo im bardziej z nimi walczysz, tym stają się silniejsze…

Communi humana natura monstrum

Zdradzę ci tajemnicę, one wszystkie należą do jednego gatunku. Jego nazwa łacińska brzmi „Communi humana natura monstrum” co  w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Pospolity potworek człowieczeństwa”.

Ten sympatyczny stworek, to część twojej cudownej człowieczej natury. To twoje słabostki. Jeśli myślisz, że to tylko twoja przypadłość to, no cóż, źle myślisz. Bo potworek człowieczeństwa mieszka u jakichś 7,5-8 miliardów ludzi, czyli w skrócie, u wszystkich. To część twojej natury. A jeśli myślisz że da się zniszczyć własną naturę, to do zobaczenia o 2 w nocy, w posłaniu ze sreberek po czekoladzie i pustych opakowań po batonikach.

Biada nam! Co robić?

Potworek człowieczeństwa nigdzie się nie wybiera. Potworka nie da się utłuc. Nie da się go zwalczyć, bo on się na tym tuczy. Potworka nie da się usunąć chirurgicznie ani wyleczyć tabletkami. Ale jest inne wyjście…

Zobaczyć go i pokochać. Przygarnąć. Uznać, że jest, będzie i nie wyganiać. Uznać w samym sobie człowieka. Z uśmiechem na ustach przyznać się przed sobą, do własnych słabości. Nie oznacza to, żeby podszeptom od potworka bezmyślnie ulec. Nie. Chodzi o to żeby przyznać i zaakceptować, że są, będą i mają prawo być. Nie oznacza to, że trzeba za nimi podążać. Tylko żeby potraktować je z życzliwością, tak jak traktuje się szczebiot dziecka.

Czyli, kiedy potworek podszeptuje ci jakąś myśl, możesz zareagować oburzeniem i samobiczowaniem. Efekt? On i tak pewnie dostanie czego chce albo utuczysz go poczuciem winy i dostanie to później, jak będzie większy i silniejszy. Możesz też spróbować przywitać go z radością, sympatią i wzruszeniem. Jak dawno nie widzianego przyjaciela, którego znasz od zawsze:

– Wstydź się! Znowu (myślałeś o hamburgerach/spóźniłeś się/ nie trzymałeś diety/ siedziałeś trzy godziny na Fejsbooku/ spędziłeś weekend z Netflixem itd…)co?! Hańba! – krzyczy potworek. W międzyczasie zawiązuje serwetkę pod szyją. I oczekuje z nożem i widelcem na sycącą porcję poczucia winy.

– Oj dawno Cię nie było, Panie stary zgrywusie!

– … – konsternacja potworka.

– Strasznie się cieszę, że Cię słyszę! Co tam u Ciebie?

– … – następuje próba wycofania się do jaskini.

– Muszę Ci coś wyznać… stęskniłem się za Tobą!

– Hańba? – malutki już potworek, cichutkim głosikiem próbuje starych sztuczek.

– Kocham cię Stary!!

– AAAAAaaaaaa……- kochana acz przerażona istotka, ucieka żeby skryć się w zakamarki nieświadomości.

Coś, co żywi się twoją nienawiścią i poczuciem winy, nie potrafi sobie poradzić z twoją akceptacją i życzliwością. Zmniejsza się, traci siłę, i otoczkę grozy. Tylko pamiętaj, to część twojej natury, ona się nigdzie nie wybiera. Jeśli pomyślałeś, że to jest dobra sztuczka na walkę z potworem, że akceptacja jest bronią…To wsłuchaj się … delikatny wietrzyk niesie z jaskini cichutkie, mniam, mniam, mniam.

Wzruszający jest ten nasz ludzki los

Ram Dass, nauczyciel duchowy z linii hinduizmu, podzielił się kiedyś swoją praktyką. Po 20-30 latach bycia nauczycielem i guru. Po długoletniej pracy i walce ze sobą. Kiedy zauważył, że bycie świętym nie zwalnia od spogląda na kobiety, czy tam, że objadł się słodyczami jak degenerat (to jego słowa). Dotarło do niego, że co jak co, ale on naprawdę się starał. I, że co jak co, ale on kurczę, naprawdę był święty. I zrozumiał, że to nie pomogło i nie wyleczyło go z człowieczeństwa…

Kiedy wreszcie to do niego dotarło, przestał się samobiczować i zaczął mawiać: „ jaki wzruszający jest człowiek, którym jestem”. Kiedy zaakceptował, że lubi słodycze. Kiedy dał sobie do tego prawo. Właściwie przestał je jeść. Chociaż, od czasu do czasu zjadł, z pełną miłością do siebie, jakieś potwornie tłuste ciastko.

Jeśli akceptacja jest szczera, jeśli zaakceptujesz i przygarniesz potworka. Jeśli nie będziesz go karmił poczuciem winy i wstydem. W skrócie, jeśli zaakceptujesz, że jesteś tylko człowiekiem, że masz słabości i że wszyscy jakieś mają, on pozostanie z tobą na zawsze, ale nie jako monstrum grozy. Tylko jako słodkie zwierzątko, które, od czasu do czasu, próbuje jakoś psocić.

Tu spróbuje podszeptać ci jakieś okropieństwo. Tam spróbuje podpuścić do samobiczowanka.  A ty, z pobłażliwością i łezką w oku zaśmiejesz się życzliwie, poklepiesz go po pleckach i podrapiesz za uszkiem. A potem wrócisz do swoich spraw. Życie może być znośne. I może się nawet skończyć od czasu do czasu małą czekoladką na diecie … pyszną i bez poczucia winy.

Wzruszający jest ten nasz ludzki los… więc przygarnij potworka.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz lub zostawisz komentarz:)

Zobacz tez najnowszy wpis.

Share