Przygarnij potworka

Czas czytania: 5 min

Przygarnij potworka

Załóżmy, że jest w tobie potworek. Taka malutka, łatwa do przeoczenia istotka. To może być np. „Uwielbiający słodycze” lub bestyjka ”Wypiję jeszcze tylko jednego”. To może być potworek „W lato obracam się za każdą kobietą w sukience” lub tyci demonek „Wstyd się przyznać, ale z przyjemnością patrzę na muskularnych facetów z jednodniowym zarostem i nie ważne, czy potrafią dodawać”.

Bakcylek torebek za pół pensji, nigdy nie skasowanego z telefonu Tindera, albo świntuszek wieczornych, samotnych seansów, przy krótkich filmach bez dialogu, za to, z plejadą zmieniających się aktorek.

W każdym razie, jest to jakaś twoja słabostka, której jesteś bardziej lub mniej świadom, ale która nie mieści się w twoim wachlarzu tematów, którymi dzielisz się z przyszłymi teściami przy wigilijnym stole.

Pewnie próbujesz walczyć z potworkiem. W kuźni słuszności, w ogniu przykazań dobrego żywienia i dobrego smaku, wykuwasz miecz poczucia winy i… szarża na bydlaka. Bitwa.

Uderzasz mocnymi ciosami wstydu i zaklęciami: „To się więcej nie ma prawa powtórzyć”, „Od jutra z tym koniec” i „Tak nie można, co by powiedział/a/eli  (znajomi, mama, tata, mąż, żona, papież)?”.

Wreszcie, po ciężkiej walce i użyciu całej mocy magii poczucia winy, zapędzasz potworka w mroki nieświadomości… i  jak zwycięzca odchodzisz do swoich spraw.

Tylko gdybyś człowieku zobaczył jego minę…

Gdybyś spojrzał…

Zobaczyłbyś wielki syty uśmiech.

A gdybyś przysłuchał się dźwiękom, które wydaje…

To usłyszałbyś błogie: „mniam, mniam, mniam”.

On tylko na to czekał…

Bo im bardziej z nim walczysz, tym staje się silniejszy.

Cykl Życiowy Potworka

Cykl życiowy potworka jest następujący. Pojawia się pod postacią drobnej myśli o grzeszku. Następnie zaczyna tuczyć się na twoim zgorszeniu i poczuciu winy.  Kiedy urośnie wystarczająco, atakuje.

Przejmuje kontrolę, a ty kończysz o 2 w nocy z buzią wysmarowaną resztkami czekolady, niepotrzebną torebką albo trzecią wiertarką. To przynosi ulgę od poczucia winy. Na chwilę. Bo zaczyna się moralniak i zaklęcia „To się więcej nie powtórzy”… Zakończone twoim niby zwycięstwem, a tak naprawdę słodkim ”mniam, mniam, mniam” potworka.

Potworek: Cześć! Może zjemy dziś hamburgera?

Ty: Jestem potworem, skąd u mnie, weganina, takie myśli? Tam krowy i kurczaki giną w męczarniach (poczucie winy).

Potworek: Mmm… mniam, mniam, mniam (Zwiększanie rozmiaru i siły)

Jak widzisz ten nasz pan słodyczowy, zboczony, czy też inny podobny, wszystkie mają jeden ulubiony posiłek, a jest to twoje poczucie winy. Na tym, tak naprawdę, się pasą. Czerpią energię z twojej niechęci i z twojej nienawiści. Taplają się w pogardzie, jak ryba w wodzie. Nie da się z ich zabić. Nie da się ich zniszczyć, nie da się ich pokonać w walce.

Bo im bardziej z nimi walczysz, tym stają się silniejsze…

Communi humana natura monstrum

Zdradzę ci tajemnicę, one wszystkie należą do jednego gatunku. Jego nazwa łacińska brzmi „Communi humana natura monstrum” co  w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Pospolity potworek człowieczeństwa”.

Ten sympatyczny stworek, to część twojej cudownej człowieczej natury. To twoje słabostki. Jeśli myślisz, że to tylko twoja przypadłość to, no cóż, źle myślisz. Bo potworek człowieczeństwa mieszka u jakichś 7,5-8 miliardów ludzi, czyli w skrócie, u wszystkich. To część twojej natury. A jeśli myślisz że da się zniszczyć własną naturę, to do zobaczenia o 2 w nocy, w posłaniu ze sreberek po czekoladzie i pustych opakowań po batonikach.

Biada nam! Co robić?

Potworek człowieczeństwa nigdzie się nie wybiera. Potworka nie da się utłuc. Nie da się go zwalczyć, bo on się na tym tuczy. Potworka nie da się usunąć chirurgicznie ani wyleczyć tabletkami. Ale jest inne wyjście…

Zobaczyć go i pokochać. Przygarnąć. Uznać, że jest, będzie i nie wyganiać. Uznać w samym sobie człowieka. Z uśmiechem na ustach przyznać się przed sobą, do własnych słabości. Nie oznacza to, żeby podszeptom od potworka bezmyślnie ulec. Nie. Chodzi o to żeby przyznać i zaakceptować, że są, będą i mają prawo być. Nie oznacza to, że trzeba za nimi podążać. Tylko żeby potraktować je z życzliwością, tak jak traktuje się szczebiot dziecka.

Czyli, kiedy potworek podszeptuje ci jakąś myśl, możesz zareagować oburzeniem i samobiczowaniem. Efekt? On i tak pewnie dostanie czego chce albo utuczysz go poczuciem winy i dostanie to później, jak będzie większy i silniejszy. Możesz też spróbować przywitać go z radością, sympatią i wzruszeniem. Jak dawno nie widzianego przyjaciela, którego znasz od zawsze:

– Wstydź się! Znowu (myślałeś o hamburgerach/spóźniłeś się/ nie trzymałeś diety/ siedziałeś trzy godziny na Fejsbooku/ spędziłeś weekend z Netflixem itd…)co?! Hańba! – krzyczy potworek. W międzyczasie zawiązuje serwetkę pod szyją. I oczekuje z nożem i widelcem na sycącą porcję poczucia winy.

– Oj dawno Cię nie było, Panie stary zgrywusie!

– … – konsternacja potworka.

– Strasznie się cieszę, że Cię słyszę! Co tam u Ciebie?

– … – następuje próba wycofania się do jaskini.

– Muszę Ci coś wyznać… stęskniłem się za Tobą!

– Hańba? – malutki już potworek, cichutkim głosikiem próbuje starych sztuczek.

– Kocham cię Stary!!

– AAAAAaaaaaa……- kochana acz przerażona istotka, ucieka żeby skryć się w zakamarki nieświadomości.

Coś, co żywi się twoją nienawiścią i poczuciem winy, nie potrafi sobie poradzić z twoją akceptacją i życzliwością. Zmniejsza się, traci siłę, i otoczkę grozy. Tylko pamiętaj, to część twojej natury, ona się nigdzie nie wybiera. Jeśli pomyślałeś, że to jest dobra sztuczka na walkę z potworem, że akceptacja jest bronią…To wsłuchaj się … delikatny wietrzyk niesie z jaskini cichutkie, mniam, mniam, mniam.

Wzruszający jest ten nasz ludzki los

Ram Dass, nauczyciel duchowy z linii hinduizmu, podzielił się kiedyś swoją praktyką. Po 20-30 latach bycia nauczycielem i guru. Po długoletniej pracy i walce ze sobą. Kiedy zauważył, że bycie świętym nie zwalnia od spogląda na kobiety, czy tam, że objadł się słodyczami jak degenerat (to jego słowa). Dotarło do niego, że co jak co, ale on naprawdę się starał. I, że co jak co, ale on kurczę, naprawdę był święty. I zrozumiał, że to nie pomogło i nie wyleczyło go z człowieczeństwa…

Kiedy wreszcie to do niego dotarło, przestał się samobiczować i zaczął mawiać: „ jaki wzruszający jest człowiek, którym jestem”. Kiedy zaakceptował, że lubi słodycze. Kiedy dał sobie do tego prawo. Właściwie przestał je jeść. Chociaż, od czasu do czasu zjadł, z pełną miłością do siebie, jakieś potwornie tłuste ciastko.

Jeśli akceptacja jest szczera, jeśli zaakceptujesz i przygarniesz potworka. Jeśli nie będziesz go karmił poczuciem winy i wstydem. W skrócie, jeśli zaakceptujesz, że jesteś tylko człowiekiem, że masz słabości i że wszyscy jakieś mają, on pozostanie z tobą na zawsze, ale nie jako monstrum grozy. Tylko jako słodkie zwierzątko, które, od czasu do czasu, próbuje jakoś psocić.

Tu spróbuje podszeptać ci jakieś okropieństwo. Tam spróbuje podpuścić do samobiczowanka.  A ty, z pobłażliwością i łezką w oku zaśmiejesz się życzliwie, poklepiesz go po pleckach i podrapiesz za uszkiem. A potem wrócisz do swoich spraw. Życie może być znośne. I może się nawet skończyć od czasu do czasu małą czekoladką na diecie … pyszną i bez poczucia winy.

Wzruszający jest ten nasz ludzki los… więc przygarnij potworka.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz lub zostawisz komentarz:)

Zobacz tez najnowszy wpis.

Share

Nauka a wartości 

Czas czytania: 3 min

Defenestracja a fenomenologia  Czyli co się stanie jeśli wyrzucisz kogoś z okna?

Powiedzmy, że wyrzucasz kogoś przez okno z 7 pietra. Przyspieszenie ziemskie wynosi ,,g”, wysokość 50 metrów. Nauka bez wątpliwości mówi, że 70 kg człowiek po upadku z 50 metrów uderzy w ziemie z siłą około ,,x” Newtonów. Ogromne prawdopodobieństwo, że umrze. Jakie? Na to odpowiada statystyka upadków z 7 piętra. 

Można też dowolnie żonglować zmiennymi: 60 kg, 100 metrów, opory powietrza. Niemniej jednak, problem rozwiązany. I tym się zajmuje nauka. Rozwiązywaniem prosto zdefiniowanych problemów… 

Tym, czym metoda naukowa się nie zajmuje, to czy wyrzucenie kogoś z okna z 7 pietra, to czyn dobry, czy zły. Innymi słowy, czy masz prawo wyrzucić kogoś z okna. Czy to dobrze, czy źle? To nie są pytania naukowe. Co to znaczy? Znaczy to, że nie można ich rozwiązać przez eksperyment, a to znaczy, że według nauki nie istnieją.  

Np. przypomnij sobie jakieś ważne wydarzenie z zeszłego tygodnia. Albo smak swojej ulubionej potrawy. Zamknij oczy i przypomnij sobie. Widzisz to, czujesz? 

Otóż według nauki nic nie widzisz i nic nie czujesz. Nie da się tego zbadać, więc nie istnieje. I tyle, zajmijmy się lepiej trajektoriami rakiet. Całe twoje subiektywne doświadczenie, wspomnienia, dialog wewnętrzny, wartości, są obiektywnie niedostępne. Więc nie da się ich zbadać metodą naukową. Nie da się zbadać… Teraz następuje, skrót myślowy, który mówi, że skoro nie da się czegoś zbadać, to nie istnieje. Ale powiedz sam, masz jakieś subiektywne doświadczenie? Oczywiście, że masz. To jest fakt. 

Po prostu, niedostępny instrumentom badawczym. „Metoda naukowa” nie zajmuje się subiektywnym doświadczeniem, bo nie ma narzędzi i jej podstawa epistemologiczna na to nie pozwala. Ale subiektywne doświadczenie to dość ciekawa sprawa. I tu wchodzi fenomenologia. 

Fenomenologia.  

Fenomenologia zaczyna od stwierdzenia prostej rzeczy. Twoje przeżycia wewnętrzne istnieją. To fakty. Fenomeny. I tyle. To nie są fakty, które mówią cokolwiek o przestrzeni obiektywnej, niemniej jednak istnieją. Mimo, że nie można ich obiektywnie udowodnić powtarzając eksperyment, to istnieją w twoim subiektywnym doświadczeniu. Twoje wartości nie dają się badać mikroskopem. Ale przyjęcie tego aksjomatu, że twoje subiektywne doświadczenie jest prawdziwe otwiera, a raczej odzyskuje pole dla etyki. Dla zadawania sobie pytania nie tylko co się stanie, gdy wyrzucisz kogoś z okna, ale także pytania czy to jest czyn dobry czy zły.  Bo to pytanie jest rozstrzygane właśnie w przestrzeni fenomenologicznej. Etyka to nauka o dobrym działaniu. O rozstrzyganiu słuszności czynów. O wartościach. Czyli o tych fenomenach, które w sobie nosisz, których nie możesz zobaczyć pod mikroskopem a na podstawie których podejmujesz decyzje o tym jak postępujesz.  

Czczenie nauki 

Nauka dala nam helikoptery, wieżowce i leki na odrę i ospę. Jest absolutnie podstawowym narzędziem do rozwoju ludzkości. Ale metoda naukowa to narzędzie i tylko wyłącznie narzędzie. Świetnie się sprawdza do rozwiązywania pewnej klasy problemów. Łatwo definiowalnych i możliwych do ubrania w pewien bardzo formalny język matematyczny.  Jest tak skuteczna, że po kilkuset latach zapomnieliśmy, że nie jest wszechmocna.  

Łatwo się zapomnieć. Łatwo zacząć czcić coś tak mocarnego. Ale to jak rozpocząć czczenie młotka czy innego śrubokręta. Wbijam gwoździe. Oj robisz to tak wspaniale, odpowiedz mi jaki jest sens życia? Łup łup. Świetny pomysł prawda?  

Podsumowując… 

Do badania różnych rzeczy potrzebne są różne metody.  

Parafrazując:  

Oddajcie tedy nauce to co naukowe, a etyce to co ważne. 

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz. 🙂

Share

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Czas czytania: 3 min

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie są zdolni do zła. Naprawdę – nie ufam. Bo jeśli ktoś nie widzi w sobie ciemności, to znaczy, że prędzej czy później zobaczy ją gdzieś indziej. W sąsiedzie. W partnerce. W obcym. A potem zrobi wszystko, by tę ciemność zniszczyć. Bez litości. Bez refleksji. Z czystym sumieniem. To jest właśnie ten paradoks: najwięcej zła na świecie dzieje się w imię dobra. Eichmann i Hitler spali spokojnie przekonani o swoich racjach. Beria nucił sobie do snu Mozarta, kiedy znudziły mu się gwałty.  Historia pokazuje to z druzgocącą konsekwencją: człowiek, który nie zna swojego cienia, jest niebezpieczny.

Cień, który nas ocala

Carl Jung mówił o „cieniu” – tej części nas, którą wypieramy, którą chowamy pod dywan, której się wstydzimy. I która z chęcią obdarowujemy naszych wrogów aby ich odczłowieczyć. Ale właśnie kontakt z cieniem czyni nas pełnymi. Tylko wtedy, gdy potrafię powiedzieć: „Tak, jestem zdolny do okrucieństwa, do egoizmu, do zdrady”, mogę naprawdę wybierać inaczej.

Bo jeśli wierzę, że jestem dobry z natury, że nie mam w sobie mroku – wtedy każdy błąd innego człowieka staje się przestępstwem przeciwko porządkowi świata. I trzeba go ukarać. Zniszczyć. Wyeliminować.

To nie są tylko abstrakcje. Widzimy to w codziennym życiu. Ktoś się spóźnił – nie dlatego, że miał zły dzień, tylko dlatego, że mnie nie szanuje. Ktoś podniósł głos – nie dlatego, że jest zmęczony, tylko dlatego, że jest toksyczny. Ktoś mnie zawiódł – więc to potwór, którego trzeba wymazać z życia. Zero refleksji, pełna projekcja.

Granica między dobrem a złem…

Tymczasem gdy znam swój cień, łatwiej mi zrozumieć cudzy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Ale żeby być człowiekiem, nie sędzią.

Bo zdolność do zła jest egzystencjalnym składnikiem człowieczeństwa.  Jesteśmy zrobieni z tego samego materiału co święci i mordercy. Wszyscy mamy w sobie zdolność do współczucia – i do zdrady. Do przebaczenia – i do przemocy.

I tylko świadomość tego daje nam wybór. Jak mawiał Sołżenicyn „Granica między dobrem a złem przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – lecz przez serce każdego człowieka i przez wszystkie serca ludzkie.”

Z krwi i kości

Czasem przyłapuję się na tym, że jestem rozdrażniony, że oceniam, że chciałbym po prostu kogoś „skasować” z życia. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Pełnym sprzeczności, impulsów, niezrealizowanych potrzeb. I tylko ta świadomość daje mi wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mi spuścić trochę ciśnienia z tej całej duchowej perfekcji. Przestać być ideałem. Zacząć być sobą.

Bo jeśli ja wiem, że nie jestem idealny, to i Tobie dam prawo do błędu. Jeśli ja potrafię sobie z trudem wybaczyć, to może i Tobie uda mi się wybaczyć trochę łatwiej. I nagle w tym całym bałaganie robi się miejsce na coś, co naprawdę zmienia świat – nie moralność, nie prawo, ale współczucie – duch, dzięki któremu możliwa jest litera.

Święci, którzy znają swój cień

Prawdziwi święci nie byli ślepi na swoje słabości. Byli ich boleśnie świadomi. Teresa z Ávili pisała o swoich duchowych suchych pustyniach. Ignacy Loyola walczył z pychą. Franciszek z Asyżu miał momenty tak głębokiej ciemności, że mógłby równie dobrze zostać alkoholikiem, a nie świętym. A Tomasz z Akwinu modlił się, że jakkolwiek chciałby powiedzieć coś mądrego na każdy temat to jeszcze bardziej chciałby zachować jakiś przyjaciół…

I właśnie dlatego byli wolni. Bo nie musieli udawać. Nie musieli projektować. Byli sobą – z całą ludzką niedoskonałością. I z tą właśnie niedoskonałością potrafili się zaprzyjaźnić.

To nie znaczy, że mamy się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu. Ale, że warto ją poznać, zamiast udawać, że jej nie ma. Znać swój cień to jak znać mapę własnego miasta – nawet jeśli czasem się w nim zgubisz, wiesz przynajmniej, dokąd wracać.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Smok, który nie znał przepowiedni

Czas czytania: 2 min

O pewnym potworze, który robił to, co chciał – aż pękł.

Był kiedyś smok. Czarny, wielki, zły. Taki z tych najgorszych – nie tylko zionął ogniem, ale jeszcze z satysfakcją uwielbiał zjadać tłuste krowy, grabić skarby i porywać księżniczki. Czasem nawet nie dla okupu. Po prostu – dla rozrywki.

Wieśniacy próbowali z nim walczyć. Z widłami i pochodniami, z okrzykiem „Za wolność i przyszłe plony!” ruszyli na smoczą jamę. Ale smok miał inne zdanie. Jednym machnięciem łapy rozsypał ich po jaskini jak ziemniaki z przewróconego kosza. Jednych zjadł, reszta zdążyła zbiec – i tak się skończyło bohaterstwo ludowe.

Później przysłano rycerzy. Pojedynczo, w parach, a potem całą gwardią. Smok strącał ich z koni, topił w rzece, roztapiał zbroje samym spojrzeniem. I nie żeby był zły do szpiku kości – po prostu lubił wygrywać.

Zjechali się w końcu najlepsi: łucznicy, wojownicy z dalekich krain, nawet jeden szewczyk – sprytny, z twarzą niewinną, a owcami wypełnionymi siarką i prochem. Smok pozwolił mu nawet przywlec te owce do jego pieczary, lecz potem zmusił go, by część z nich zjadł, a resztę wrzucił do rzeki.

Ludzie byli zrozpaczeni. Wtedy to przypomnieli sobie o przepowiedni. Przyszli mędrcy, przeliczyli znaki, zapalili kadzidła i rzekli:

– Oto nadszedł czas. Smok może być pokonany tylko przez prawowitego króla, który sięgnie po miecz i ruszy do walki uzbrojony w prawdę, honor i odwagę.

Król nie był młody. Ani szybki. Ale wierzył w przepowiednie. Włożył trochę za ciasną zbroję, uniósł miecz – i ruszył. Smok wyszedł z jaskini, przeciągnął się, ziewnął – i jednym kłapnięciem zębów zakończył królewską karierę.

– To nie był prawowity król – ogłosili mędrcy. – Przepowiednia nie może się mylić.

I tak zaczęło się wysyłanie kolejnych kandydatów – królów, książąt, prezydentów i samozwańców. Każdy padał. Smok już nawet nie zionął ogniem. Czasem tylko spojrzał – i to wystarczyło.

Z czasem rycerze przestali przyjeżdżać. Księżniczki – ukryto. Skarby? Już nikogo nie obchodziły. Wieśniacy zauważyli, że jeśli podrzucą mu kilka krów pod jamę, smok nie wychodzi. Leży. Zje. Zaśnie. Cisza.

Minęły lata.

Smok tył, spał i śnił. Śnił o pojedynkach, rycerzach, walce… Trochę mu tego brakowało, ale coraz mniej. Już nie polował. Już nie latał. Nawet nie wiedział, że nie może – bo nie próbował.

Tuczył się i tuczył, aż stał się tak tłusty, że zapadł się w sobie i umarł na zawał serca.

Tak zakończyła się historia największego, najstraszniejszego smoka. Nie pokonał go ani miecz, ani ogień, ani los.
Pokonał go tłuszcz i brak wyzwań.


Rycerz cię nie pokona. Król cię nie pokona. Los cię nie pokona.
Lecz gdy spoczniesz na laurach – sam siebie pokonasz.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Piękno Wolnych Ogrodów.

Czas czytania: 2 min

Dawno dawno temu,

W odległych czasach, w królestwie pełnym tajemnic, żył mądry władca, który darzył przyrodę szczególną miłością. Pragnął, aby całe jego królestwo tętniło życiem, bujną zielenią i feerią barw. Z tego powodu wydał dekret, zgodnie z którym każdy mieszkaniec miał obowiązek codziennie tworzyć i pielęgnować swój ogród, aby królestwo rozkwitło pięknem natury.

Początkowo mieszkańcy, choć niechętnie, podporządkowali się woli władcy. Z biegiem czasu jednak ich frustracja rosła, kwiaty i zieleń, zamiast cieszyć oko, stały się obiektem ich nienawiści. W końcu niezadowolenie wybuchło z pełną mocą – ludzie zaczęli buntować się przeciwko nakazowi, niszcząc ogrody, które, jak twierdzili, były źródłem ich cierpienia.

Zaniepokojony buntem, władca zwrócił się o pomoc do swojego mądrego doradcy. Ten zasugerował, by władca zlikwidował przymusowe prawo i pozwolił ludziom samodzielnie decydować, czy chcą zajmować się swoimi ogrodami. Władca, przekonany słusznością tej rady, ogłosił zniesienie obowiązku.

Gdy mieszkańcy zrozumieli, że nie muszą już pielęgnować swoich skrawków zieleni pod przymusem, ich gniew zaczął powoli wygasać. Odkryli, że to nie same ogrody były źródłem ich frustracji, lecz przymus. Z czasem wielu z nich z własnej woli wróciło do uprawiania ziemi, czerpiąc radość z pracy, sadzenia roślin i podziwiania piękna kwitnących kwiatów.

Bez przymusu królestwo zaczęło rozkwitać jeszcze bardziej niż wcześniej. Wspaniałe ogrody przyciągały podróżnych z dalekich krain. Ci, którzy wcześniej buntowali się przeciwko nakazowi, teraz z dumą dbali o swoje zielone zakątki. Ci zaś, którzy mieli inne pasje, mogli podziwiać te cuda bez konieczności zajmowania się nimi. Królestwo stało się symbolem harmonii między człowiekiem a naturą.

W ten sposób władca nauczył się ważnej lekcji – to przymus, a nie sama czynność, wywołuje niechęć. Wolność okazała się żyzną glebą, która pozwoliła mieszkańcom odkryć radość i satysfakcję w kontakcie z naturą, przyczyniając się do rozkwitu i piękna całego królestwa.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Na szczęście nie wiadomo.

Czas czytania: 3 min

Ciekawość w niepewności – jak żyć bez klucza odpowiedzi

Czasami mam takie fantazje. Wyobrażam sobie, że życie to po prostu test wielokrotnego wyboru. Masz przed sobą arkusz, pytanie i cztery możliwe odpowiedzi. A, B, C albo D. Jedna z nich jest właściwa. Wybierasz, oddajesz kartkę, ktoś to sprawdza, stawia ocenę, i już wiesz na czym stoisz. Bez stresu, bez nadinterpretacji, bez odpowiedzialności.

Brzmi kusząco, prawda? Przynajmniej w porównaniu z rzeczywistością, w której codziennie próbujemy podejmować decyzje, nie mając pojęcia, czy robimy dobrze. Czy to był właściwy kierunek studiów? Czy to „ta osoba”? Czy warto było zmienić pracę, miasto, siebie?

Problem w tym, że życie nie przypomina testu. Nikt nie wręcza ci arkusza z pytaniami. Bardziej przypomina sztukę – nieprzewidywalną, intymną, bez wzoru. Może obraz. Może rzeźbę. Może coś, co na początku w ogóle nie wygląda jak coś. I właśnie dlatego bywa tak trudne.

Zamiast klucza – pędzel

Wyobraź sobie, że dostajesz płótno. Czyste, duże, całkowicie białe. Nikt nie daje ci szkicu, nie mówi, czego się spodziewać. Dostajesz tylko pędzel i trochę farby. I sugestię: rób swoje.

Brzmi pięknie, ale po chwili przychodzi strach. Co, jeśli wybiorę zły kolor? Co, jeśli zacznę nie tam, gdzie trzeba? Co, jeśli inni malują lepiej, pewniej, „z sensem”, a ja tylko coś psuję?

Ale przecież w sztuce nie chodzi o to, żeby się nie pomylić. Sztuka to nie tabela, którą trzeba dobrze wypełnić. To proces – czasem piękny, czasem chaotyczny, czasem absolutnie niezrozumiały. Czasem tworzysz coś, co cię zaskakuje. Czasem – coś, czego się wstydzisz. Ale wszystko staje się częścią tego, kim jesteś.

Szkoła nas tego nie nauczyła. Szkoła kazała szukać jedynej dobrej odpowiedzi. I wielu z nas nie potrafi się z tego schematu wyzwolić. Próbujemy „dobrze żyć”, jakby ktoś kiedyś miał nam wystawić ocenę.

Ale życie nie jest sprawdzianem. Nie ma punktów, nie ma czerwonych długopisów, nie ma poprawkowych terminów. Nie ma ostatecznej księgi życia, w której sprawdzisz, czy zdałeś.  Jest tylko to, co tworzysz. To, co ryzykujesz. To, co zostaje.

Skoro nie ma odpowiedzi, to czy można się pomylić?

Przerażające może być  w tym wszystkim, że nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nie tylko ty. Nikt. Nawet ci, którzy sprawiają wrażenie, że mają wszystko poukładane. Nawet ci, którzy dają ci rady z tonem niepodważalnej pewności.

Każdy z nas siedzi przed własnym płótnem. Każdy z nas czasem zamalowuje poprzednie warstwy, czasem zbyt długo patrzy na biel i nie wie, od czego zacząć. To nie jest słabość- to normalne.

Ale skoro nikt nie wie, co jest „poprawne”, to żaden wybór nie może być oczywistym błędem. Każdy z nich coś odsłania, każdy coś wnosi, każdy – nawet ten, który potem zamalujesz – był potrzebny, by dotrzeć do miejsca, w którym jesteś.

I w tym jest ulga. Głęboka, cicha ulga. Bo jeśli nie ma klucza odpowiedzi, to może wcale nie trzeba się tak strasznie bać. Nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nikt. Nie ma odpowiedzi nie ma błędów. I może tutaj zacznie się sztuka…

Zamiast przerażenia: „Nie wiem, co będzie dalej!”
Może ciekawość: „Wow, co będzie dalej?”

Na szczęście… nie wiadomo.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Róże, kolce i zwycięska cywilizacja.

Czas czytania: 2 min

Róże, kolce i zwycięska cywilizacja.

W odległym i tajemniczym zakątku świata istniało niezwykłe plemię Róż. Od niepamiętnych czasów żyły one w spokoju i harmonii we własnym królestwie kwiatów. Każda z nich posiadała wyjątkową cechę – ostre kolce, które skutecznie odstraszały wrogów i chroniły kwiaty przed zniszczeniem.

Jednak z biegiem lat i pokoleń, Róże powoli zaczęły tracić świadomość tego, po co mają kolce. Działały one na tyle dobrze, że coraz mniej Róż zdawało sobie sprawę z istotnej funkcji, jaką pełniły ich ostre wyrostki. Wiedza o zewnętrznych zagrożeniach, które kiedyś zagrażały ich przodkom, stopniowo zanikała, aż w końcu przestała być przekazywana młodszym pokoleniom.

Pewnego dnia jedna z młodszych Róż, która nie pamiętała o istotnej roli swoich kolców, postanowiła się ich pozbyć. Uznała, że są one nieestetyczne i przeszkadzają w codziennym życiu. Wkrótce inne Róże podzieliły jej zdanie i również zaczęły zrzucać swoje kolce, sądząc, że dzięki temu staną się piękniejsze i bardziej lubiane.

Niestety, gdy kolce zniknęły, roślinożercy zauważyli, że ich dawni wrogowie już się przed nimi nie bronią. Zwierzęta zaczęły atakować królestwo Róż, zrywając je z łodyg i pożerając. W krótkim czasie ogromna część królestwa została zniszczona, a Róże uświadomiły sobie, że popełniły straszliwy błąd.

Przerażone Róże postanowiły poszukać najstarszego i najmądrzejszego członka plemienia, Różę Mądrości, aby zasięgnąć jej rady. Róża Mądrości, która wciąż posiadała swoje kolce, opowiedziała im o ich dawnym celu.

Róże zrozumiały swój błąd i zaczęły na nowo pielęgnować swoje kolce. Przekazywały sobie nawzajem prawdę o ich przeznaczeniu, aby żadna z nich nie zapomniała, dlaczego są one tak ważne. W miarę jak ich kolce rosły na powrót, wrogowie ponownie zaczęli się ich obawiać, a królestwo Róż powoli wróciło do swojego dawnego spokoju i harmonii.

Ta opowieść przypomina nam, że czasami, gdy coś działa niezwykle skutecznie, możemy zapomnieć, dlaczego jest to potrzebne, i pozbywamy się tego, nie zdając sobie sprawy, że właśnie to chroni nas przed niebezpieczeństwem. Gdy jednak mamy szczęście i zrozumiemy, jak cenne są te rzeczy, które odrzuciliśmy, możemy odbudować naszą ochronę i nauczyć się na nowo doceniać wartość tego, co posiadamy.

Tak jak Róże, które nauczyły się ponownie docenić swoje kolce, również my powinniśmy pamiętać, że nie wszystko, co wydaje się nam niepotrzebne lub przeszkadzające, jest takie w rzeczywistości. Czasami to właśnie te rzeczy chronią nas przed jeszcze większymi problemami i niebezpieczeństwami, których nie dostrzegamy, gdy ochrona jest bardzo skuteczna.

Ważne jest, aby zrozumieć i docenić wartość różnych cech i zjawisk, zanim beztrosko się ich pozbędziemy. Czy jest to szczepionka przeciw odrze, posiadanie armii czy wolność słowa…

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Tłusty kreatywny kot

Czas czytania: 3 min

Tłusty kreatywny kot.

Pewnego ciepłego, słonecznego dnia przechodziłem obok ogrodu, gdzie na trawie wylegiwał się duży, gruby kot. Wydawał się całkowicie zrelaksowany, jakby świat wokół niego nie istniał. Leżał na plecach, wyciągnięty na słońcu, z zamkniętymi oczami, mrucząc cicho pod nosem. Obserwując go, zacząłem zastanawiać się nad tym, jakie są jego potrzeby – upolowana myszka, odrobina słońca, ciepło i spokój. Kot, mimo swojej widocznej beztroski, wydawał się w pełni usatysfakcjonowany tym, co oferował mu ten moment. Wtedy pomyślałem, jakie potrzeby musi zaspokoić człowiek, żeby mógł tak samo beztrosko wylegiwać się na słońcu.

Zaciekawiła mnie odpowiedź, która przyszła mi do głowy. Człowiek, oprócz podstawowych potrzeb, takich jak jedzenie, spanie, prokreacja, ruch czy przynależność do społeczności, ma jeszcze jedną fundamentalną potrzebę – kreację.


Kilka słów o kreacji…


Czym właściwie jest kreacja lub kreatywność? Zazwyczaj kojarzymy ją z artystami, z twórcami dzieł sztuki, ale moim zdaniem, profesjonalny artysta to jedynie wierzchołek góry lodowej. Każdy namalowany obrazek, stworzona foto książka, domek z lego, lub aranżacja domowego wystroju to przejaw tej samej potrzeby.

Kreatywność nie jest elitarną umiejętnością; to uniwersalna POTRZEBA każdego człowieka. Często wyrażana nawet w prostych, codziennych zadaniach.

Pracownicy korporacji czasem żartują: „Gdybym pracował w fabryce, to przynajmniej widziałbym, ile telewizorów skręciłem albo ile puszek zamknąłem.” Jest to pewien rodzaj tęsknoty za tym o czym piszę.

Natomiast pracownicy umysłowi nie powinni się tym martwić – jest szansa znaleźć w naszych codziennych zadaniach miejsce na wyrażanie i tworzenie, może nie w każdej fakturze, ale zawsze jest szansa.

Przykładowo, kiedyś widziałem znajomego z pracy, analityka, który robił prezentację. Z jaką starannością dopieszczał formatowanie, kolory i slajdy. Nie wynikało to z perfekcjonizmu, ale z radości, którą czerpał z samego procesu tworzenia – chciał, aby jego praca była nie tylko dobra, ale też estetyczna, może nawet piękna.

Człowiek jako istota kreatywna
Myślę o wszystkich mechanikach, hydraulikach, malarzach, kucharzach, twórcach biżuterii, adeptach kaligrafii czy muzykach. Każdy z nas, niezależnie od zawodu, czerpie satysfakcję z tworzenia czegoś nowego – czegoś, co wcześniej nie istniało i nie jest wynikiem jedynie prostej wymiany materii.

Jako ludzie kreujemy i mamy potrzebę tworzenia, tak jak chomiki mają potrzebę biegania przez określoną ilość czasu…

Kreujemy i nie ważne czy to raport miesięczny, naprawiony zlew, zwykły obiad podany rodzinie czy też akwarela 20x30cm.

Nadzieja i przestroga
Jeśli wydaje Ci się, że możesz po prostu wstać rano i wylegiwać się w słońcu jak kot, biada Ci, istoto kreatywna. Twój potencjał nie pozwoli Ci na to. Nie da Ci spokoju, nie będzie z Tobą negocjował i nie pozwoli Ci odpocząć, dopóki nie zasłużysz na to poprzez tworzenie – czy to skręcając szafkę, dobierając garderobę czy pisząc wiersz. Dopiero wtedy, po zaspokojeniu tej potrzeby, możesz w pełni spokojnie odpocząć na słońcu.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:) Myślę też, że jeżeli to czytasz to przypomnij sobie o tej niewielkiej, rzeczy, która sprawia, że masz delikatne poczucie winy i spróbuj jej chociaż dotknąć lub ją zacząć…

Share

Dobry trener czy Zły trener?

Czas czytania: 5 min

Dobry trener czy Zły trener?

Czyli… jakie chcesz mieć wsparcie na co dzień?

Chcę zwrócić uwagę na jedną oczywistą rzecz. Każdy z nas ma taką osobę, z którą przebywa najwięcej, której głos słyszy najczęściej i która wpływa na niego najbardziej. Oczywiście, to on sam. Na co dzień, podczas każdej czynności, słyszymy w głowie narracyjny głos, który komentuje wydarzenia i fakty. Jest to głos wyrażający opinie o świecie, ale także o nas samych.

Niestety, większość z nas słyszy zdania typu:

– Nie uda ci się.

– Jesteś nic niewart.

– Nie nadajesz się.

– Niczego nie potrafisz doprowadzić do końca.

– Zawaliłeś.

– Jesteś brzydki.

– Jesteś grubasem, objadasz się i nie ćwiczysz.

– Niczego nie osiągniesz.

– Nie wierzę w ciebie.

– Masz słomiany zapał itd.

Psychoterapia może pozwolić ci uświadomić sobie, czyj to głos: czy to głos mamy, taty czy babci. Tak naprawdę to nie jest ważne, bo ten głos w twojej głowie pełni funkcję Złego trenera.

Poznajmy Złego trenera…

Wyobraź sobie zawody sportowe: Adam Małysz wchodzi na skocznię, na jego twarzy widać skupienie. Nagle kamera zbliża się i pokazuje, jak podbiega do niego Apoloniusz Tajner i zaczyna do niego wrzeszczeć:

– Ty gnido! Nie umiesz skakać! Ty tłuściochu, grubasie! Spadniesz jak kamień! Nie nadajesz się! Niczego nie osiągniesz! Po co w ogóle próbujesz, przegrańcu!

Inny wariant:

85 minuta meczu, Bayern remisuje 1:1. Robert Lewandowski ma już wejść z ławki na boisko, aby odmienić losy spotkania i wtedy… Hansi Flick, jego trener, szepcze mu do ucha:

– Robert… nie wierzę w ciebie… nigdy nie wierzyłem… Uważam, że jesteś oszustem i teraz cały świat zobaczy, że jesteś nikim.

Wzruszające sceny godne filmu z happy endem?

Niestety nie. Tak mówiłby Zły trener. 99,9% ludzi w 99,9% przypadkach jest zdemotywowanych, gdy słyszy takie słowa. One powodują, że działasz o te kilka, kilkadziesiąt procent gorzej.

Wyobraź sobie, że w stresującym momencie słyszysz takie słowa… i teraz powiedz mi, że jest to przyjemne i że wzbudza pewność siebie… Dla mnie osobiście takie słowa są nieprzyjemne i demotywujące.

Tak mówi Zły trener, a jego słowa są po prostu złe. Nie chodzi o to, że są moralnie złe, chociaż to oczywiście też. Chodzi o to, że nie są w żaden sposób skuteczne jako narzędzie motywacyjne. One po prostu nie działają. A raczej działają na odwrót – demotywując.

Wracając do początku: czyj głos słyszysz najczęściej i z kim jesteś najbliżej?

Tak, tak, ogromna część z nas nosi ze sobą na co dzień Złego trenera.

Dobry trener

Niestety, Złego trenera nie da się po prostu zwolnić. Jeśli zamieszkał u ciebie, to nigdzie się nie wybiera. Natomiast jest inne rozwiązanie: trzeba wziąć jeszcze na pokład Dobrego trenera. Większość z nas nie ma pojęcia, co to znaczy, bo nigdy nie spotkaliśmy kogoś takiego. Oto przepis, jak stworzyć sobie dobrego trenera w trzech prostych krokach.

1. Krok pierwszy

Odpowiedz na pytanie:

Kogo szanujesz? Kto ci imponuje? Kto jest dla ciebie ważnym autorytetem?

(Pierwsza osoba, która przyszła ci na myśl, jest najlepsza)

To może być ktoś prawdziwy, kogo znasz, ale może to być też postać lub bohater z filmu, gry czy z książki.

(Porada dla zaawansowanych, kiedyś to możesz być ty sam)

2. Wyobraziłeś sobie?

To teraz doświadczenie:

Wyobraź sobie, że ta postać patrzy teraz na ciebie i mówi (czytaj to do siebie jej głosem):

– Wierzę w Ciebie!

– Szanuję Cię!

– Dasz radę!

– Skup się na celu.

– Jeśli nie spróbujesz, to na pewno się nie uda. Jeśli spróbujesz, to masz dużą szansę.

– Każdy się boi, ale jak zaczniesz działać, to i strach przejdzie.

Jakie jest dla ciebie to doświadczenie? Przyjemne czy nieprzyjemne?

Oczywiście, to były lekkie (totalne) sztampy, ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że jak pokazują badania, gdy słyszysz takie słowa, to czujesz się lepiej. Czujesz się lepiej nawet wtedy, gdy ktoś wcześniej ostrzegł, że teraz będzie kłamał i tak naprawdę nie wierzy w to, co mówi. Ty też możesz w to (kurde!) nie wierzyć, ale musisz to sobie powtarzać 😀

3. Już wiesz, co powinien mówić Dobry trener?

Tak naprawdę to archetyp mędrca-nauczyciela. Każdy z nas, kto przeczytał znaną książkę lub obejrzał jakiś głośny film, zna kogoś takiego: Obi-Wan, Yoda, Dumbledore, Gandalf czy Morfeusz z Matrixa. Wszystkie te postacie zbudowane są na podobnym archetypie.

Wszystkowiedzący, ale umiejący wybaczać; surowy, ale sprawiedliwy. Rozliczający tylko z rzeczy, na które miałeś wpływ i widzący w tobie więcej, niż ty sam zdajesz sobie z tego sprawę.

Nie każdy poznał kogoś takiego. Jeśli masz podobne doświadczenie, to skarb, z którego możesz korzystać (zachęcam!). Co do pechowej większości: jeśli chcemy się rozwijać i funkcjonować, to mamy obowiązek sobie kogoś takiego znaleźć lub stworzyć. Najlepiej natychmiast 😊

Czasami pomocne jest zastanowienie się nad tym… co bym powiedział ważnej osobie, gdyby przyszła do mnie po pomoc? Tylko należy potraktować siebie samego, jak tę ważną osobę… A jeśli nie wierzysz, że jesteś ważny – to… no tak 😊 zatrudnij Dobrego trenera!

Co wybierasz?

Wyobraź sobie, że masz coś do zrobienia i musisz posłuchać jakiegoś głosu. Możesz wykonać telefon do Złego trenera lub do Dobrego trenera. Powiedz mi, kto ci bardziej pomoże osiągnąć cel albo kto mniej przeszkodzi?

– Słuchaj muszę przygotować na jutro ten raport (prezentację, zrobić zakupy, napisać wypracowanie lub cokolwiek innego).

Zły trener:

– Ty nieudaczniku! Boisz się, bo jesteś leniwym zerem!

– Zawsze zostawiasz wszystko na ostatni moment!

– Dlatego jesteś nikim!

– Nikt cię nie kocha! Skończysz samotny i w biedzie!

– Wszystko potrafisz s@#$%%! Nigdy nie osiągniesz sukcesu!

– Wstydź się!

Dobry trener:

– Co chcesz tutaj osiągnąć? Powiedz prawdę…

– Ok, co się musi wydarzyć, żebyś to zrobił?

– Każdy popełnia błędy, powiedz mi, co możesz zrobić dziś lub jutro, żebyś czuł, że zacząłeś je naprawiać?

– Jaki będzie następny krok, który jest dla ciebie możliwy do wykonania? Ale nie ściemniaj mi o zmienianiu świata i że następnym razem zaczniesz wcześniej. Powiedz mi: co możesz konkretnie dziś zrobić, co nie zajmie więcej niż 5-10 minut, a co sprawi, że będziesz się bardziej szanować?

– Najlepszy czas był wtedy, ale tam się już nie cofniesz. Drugi najlepszy czas, żeby zacząć jest właśnie teraz…

– Skup się na celu!

Powiedz mi: co wybierasz?

Pamiętaj! Nie jesteś odpowiedzialny za to, że Zły trener jest w tobie. Jeśli istnieje – to już po ptakach – nic na to nie poradzisz. Jesteś jednak odpowiedzialny za to, czy dbasz o istnienie Dobrego trenera.

Jeśli chcesz osiągnąć jakiś cel (a jeśli ich jeszcze nie masz, to lepiej pogadaj z Dobrym trenerem 😊), którym może być: lepsza relacja, awans w pracy, spacer, siłownia czy bogatszy czas z dziećmi; bądź ze sobą uczciwy i powiedz, kto ci bardziej pomoże w jego realizacji?

Dasz radę! Wierzę w ciebie 😊

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli choć trochę Ci się spodobało, będzie mi miło, jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Polecam też najnowszy wpis na moim blogu.

Share

Dopaminowy detoks

Czas czytania: 3 min

Ten wpis to praktyczna kontynuacja postu o dopaminie. Jeśli nie wiesz o czym mówię, to zapraszam najpierw tutaj.

Dopaminowy detoks

Droga czytelniczko, drogi czytelniku!

Dopaminowy detoks to odpowiedź na pewien mechanizm obniżenia nastroju z powodu uzależnienia od bodźców. W dużym uproszczeniu to uzależnienie wygląda mniej więcej tak: w mózgu normalnie jest, powiedzmy, 100 jednostek dopaminy. Czujesz się normalnie. Jak pierwszy raz otrzymujesz nowe bodźce to masz 150 jednostek. Jest niezła jazda. Następnie po jakimś czasie, mózg się dostosowuje, bo na dłuższą metę nie daje rady z taką dawką. Zmniejsza normalne stężenie do 80, a jak szukasz bodźców, do powiedzmy 120. Potem 70 i 100. Co oznacza, że musisz kompulsywnie dostarczać bodźców, żeby czuć się normalnie, inaczej odczuwasz obniżenie nastroju. Bodźcem może być ogromna ilość rzeczy. Przykłady poniżej, na liście w dalszej części…

Dopaminowy detoks nie jest odpowiedzią na ciężkie uzależnienia od substancji. Jeśli borykasz się z czymś takim, lepiej udaj się do specjalisty, np. tutaj. Jest to raczej ćwiczenie higieny psychicznej we współczesnym, szybkim, świecącym i walczącym o naszą uwagę świecie.

Dopaminowy detoks oferuję w 2 wersjach, umiarkowanej i totalnej.

Dopaminowy detoks-wersja umiarkowana

Zalecenia: raz w tygodniu

Cel: Dopaminowy detoks to zapewnienie sobie solidnej porcji nudzenia się żeby:

  • po pierwsze, chemia w mózgu, troszkę wróciła do normy,
  • po drugie, żeby nuda pchnęła cię do produktywności i pożytecznych zachowań. 😊

Przepis:

  1. Wybierasz jeden dzień w tygodniu np. środę lub sobotę (sobota jest trudniejsza 😊).
  2. Wpisujesz sobie do kalendarza.
  3. Tworzysz listę rzeczy zakazanych i rzeczy dozwolonych.
  4. Umawiasz się ze sobą, że od przebudzenia aż do zaśnięcia, możesz tylko się nudzić lub robić rzeczy z listy dozwolonej.
  5. Na koniec dnia spisujesz listę rzeczy, z którymi miałeś problem. To jest dla ciebie wskazówka, że warto się temu przyjrzeć😊.

LISTA:

Zakazane:

  • Netflix
  • TV
  • Słuchanie muzyki w każdej formie
  • Telefon (jeśli z jakiś powodów musisz być w kontakcie, ustal sobie ścisły harmonogram, np. że sprawdzasz tylko raz na 1h lub 2h, o pełnej godzinie)
  • Facebook
  • Instagram
  • Gry komputerowe (wszystkie wersje, mobilne, PC czy konsole)
  • Newsy telefoniczne
  • YouTube
  • Internetowa pornografia
  • Pudelek czy inne Onety
  • Wszelkie przeglądanie Internetu
  • Masturbacja
  • Zakupy przez Internet
  • Fast food i Słodycze (chipsy batoniki, czekolada itd. Itp.)
  • Wszelkie kombinacje powyższych😊
  • Itp. Czyli wszystkie rzeczy dające dopaminowego kopa i nie dające nic w zamian.
  • Miejsce na twoje typy…

Dozwolone :

  • Ćwiczenia fizyczne
  • Joga
  • Jedzenie normalnych posiłków
  • Medytacja
  • Wszystkie obowiązki w pracy
  • Spacer
  • Nauka języków
  • Czytanie książek bez obrazków
  • Nauka (ale bez Wikipedii i YouTube)
  • Rozpoczęte wcześniej kursy internetowe
  • Sprzątanie
  • Miejsce na twoje pożyteczne rzeczy…
  • Czyli wszystkie rzeczy, które są dla ciebie zdrowe i pożyteczne. (Facebook nie jest dla ciebie tego dnia użyteczny, uwierz mi😊) 

Drogi czytelniku, jeśli przeraża cię myśl o takim dniu, możesz najpierw spróbować wersji skróconej. Np. po pracy. Czyli od zakończenia dnia pracy, do zaśnięcia. Albo 8h w dzień wolny. Np. 8h od przebudzenia.

Dopaminowy detoks-wersja totalna.

Zalecenia: raz na jakiś czas, np. raz w miesiącu.

Cel: Totalny dopaminowy detoks. Twoje zadanie tutaj to naprawdę się ponudzić i wyciszyć. Chrzanić produktywność! Wersja totalna to wyzwanie*. Tutaj również możesz spróbować najpierw 8 godzinnej opcji. Po takim dniu zaczniesz się ślinić na samą myśl o tym, że mógłbyś porozwiązywać krzyżówkę…

Przepis:

Ustalasz dzień w którym dozwolone jest tylko: jedzenie, spacery (ale bez zwiedzania) i medytacja.

Zakazane jest: używanie telefonu, komputera/laptopa, telewizora i radia. A także wszelkiego innego sprzętu w tym, samochodów, motocykli, rowerów, hulajnóg i rolek.

*Ta wersja wymaga troszkę więcej. Najlepiej połączyć ją z wyjazdem w odludne miejsce.

I co wy na to ?

Ktoś podejmuje wyzwanie?

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Polecam też najnowszy wpis na moim blogu.

Share