Tak jak umiałem…

Czas czytania: 2 min

Tak jak umiałem…

Przeglądając wstęp do pewnej książki o historii malarstwa, natknąłem się na coś, co poruszyło mnie bardziej niż wiele arcydzieł największych mistrzów.
Otóż posłuchaj, Czytelniku:
Pewien holenderski artysta, Jan van Eyck, podpisując niektóre swoje dzieła, do imienia i nazwiska dodawał dopisek:
„Tak jak umiałem.”
Niby nic, a jednak…

Dotarło do mnie (artysty amatora i profesjonalisty psychoterapeuty), czym jest istota tego dodatku. Dotarło do mnie, jakim dziełem sztuki jest to proste zdanie.


Tworzenie nie jest łatwe. Obraz, artykuł, wiersz, warsztat czy sesja psychoterapii — walczysz ze swoim lenistwem, brakiem kunsztu. I z największym krytykiem. Największym i najstraszniejszym. Takim, który zna nie tylko twoje najlepsze dzieła, ale widzi twoje słabości i patrzy ci na ręce przez cały proces twórczy. Takim, który wie, że to nie jest twoje największe dzieło, i porównuje cię z Picassem, Pearlsem, Słowackim czy Mozartem.
Oczywiście tym krytykiem jesteś ty sam.

Tylko ty nie masz dla siebie litości

Dla innych odbiorców twoje dzieło to po prostu coś. Albo się podoba, albo nie. Nikt nie ma dla twoich tworów zbyt wiele czasu.
Ale ty jako krytyk nie oceniasz po prostu dzieła. Oceniasz swoją wartość. Stawka jest wysoka. Presja — ogromna.

I tutaj wchodzi Jan van Eyck.
To proste zdanie „tak jak umiałem” jest efektem ogromnej pracy. Zawiera w sobie setki wysłuchanych od siebie krytycznych przemów. Dni i tygodnie depresji. Morza smutku. Desperacji, kiedy nie jesteś w stanie nic stworzyć. Poczucia braku wartości, kiedy nie jesteś perfekcyjny.
To jest pole gry.

Jedyną odpowiedzią na tę nieludzką surowość wobec samego siebie, na to zimne okrucieństwo, jest właśnie taka iskierka litości.
Odpowiedzią na to wszystko jest potraktowanie siebie samego jako człowieka — pięknego mimo swoich niedoskonałości.
Danie sobie tej odrobiny miłości i wsparcia, kiedy wiesz, że dałeś z siebie wszystko, ale i tak nie jest to najlepsze z twoich dzieł.

Wystarczająco dobrze…

Kiedy wpadniesz już na jakiś pomysł i zabierasz się do działania, masz przeczucie, że to będzie twoje największe arcydzieło, że stworzysz coś ważnego.
A potem, przy kolejnych maźnięciach pędzla, aranżacji akordów czy doborze słów do zdania, docierało do ciebie, że nie sprostasz temu, co sobie wymarzyłeś.

I teraz możesz wyrzucić to wszystko w diabły…
Albo właśnie położyć sobie metaforyczną, wspierającą rękę na ramieniu i szepnąć sobie:
„Dałeś z siebie wszystko. Tak jak umiałeś.”

Przeżyj tę krótką żałobę po niestworzonej perfekcji, dokończ i pokaż…

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Czas czytania: 3 min

O cieniu, który czyni nas ludźmi

Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie są zdolni do zła. Naprawdę – nie ufam. Bo jeśli ktoś nie widzi w sobie ciemności, to znaczy, że prędzej czy później zobaczy ją gdzieś indziej. W sąsiedzie. W partnerce. W obcym. A potem zrobi wszystko, by tę ciemność zniszczyć. Bez litości. Bez refleksji. Z czystym sumieniem. To jest właśnie ten paradoks: najwięcej zła na świecie dzieje się w imię dobra. Eichmann i Hitler spali spokojnie przekonani o swoich racjach. Beria nucił sobie do snu Mozarta, kiedy znudziły mu się gwałty.  Historia pokazuje to z druzgocącą konsekwencją: człowiek, który nie zna swojego cienia, jest niebezpieczny.

Cień, który nas ocala

Carl Jung mówił o „cieniu” – tej części nas, którą wypieramy, którą chowamy pod dywan, której się wstydzimy. I która z chęcią obdarowujemy naszych wrogów aby ich odczłowieczyć. Ale właśnie kontakt z cieniem czyni nas pełnymi. Tylko wtedy, gdy potrafię powiedzieć: „Tak, jestem zdolny do okrucieństwa, do egoizmu, do zdrady”, mogę naprawdę wybierać inaczej.

Bo jeśli wierzę, że jestem dobry z natury, że nie mam w sobie mroku – wtedy każdy błąd innego człowieka staje się przestępstwem przeciwko porządkowi świata. I trzeba go ukarać. Zniszczyć. Wyeliminować.

To nie są tylko abstrakcje. Widzimy to w codziennym życiu. Ktoś się spóźnił – nie dlatego, że miał zły dzień, tylko dlatego, że mnie nie szanuje. Ktoś podniósł głos – nie dlatego, że jest zmęczony, tylko dlatego, że jest toksyczny. Ktoś mnie zawiódł – więc to potwór, którego trzeba wymazać z życia. Zero refleksji, pełna projekcja.

Granica między dobrem a złem…

Tymczasem gdy znam swój cień, łatwiej mi zrozumieć cudzy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Ale żeby być człowiekiem, nie sędzią.

Bo zdolność do zła jest egzystencjalnym składnikiem człowieczeństwa.  Jesteśmy zrobieni z tego samego materiału co święci i mordercy. Wszyscy mamy w sobie zdolność do współczucia – i do zdrady. Do przebaczenia – i do przemocy.

I tylko świadomość tego daje nam wybór. Jak mawiał Sołżenicyn „Granica między dobrem a złem przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – lecz przez serce każdego człowieka i przez wszystkie serca ludzkie.”

Z krwi i kości

Czasem przyłapuję się na tym, że jestem rozdrażniony, że oceniam, że chciałbym po prostu kogoś „skasować” z życia. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Pełnym sprzeczności, impulsów, niezrealizowanych potrzeb. I tylko ta świadomość daje mi wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mi spuścić trochę ciśnienia z tej całej duchowej perfekcji. Przestać być ideałem. Zacząć być sobą.

Bo jeśli ja wiem, że nie jestem idealny, to i Tobie dam prawo do błędu. Jeśli ja potrafię sobie z trudem wybaczyć, to może i Tobie uda mi się wybaczyć trochę łatwiej. I nagle w tym całym bałaganie robi się miejsce na coś, co naprawdę zmienia świat – nie moralność, nie prawo, ale współczucie – duch, dzięki któremu możliwa jest litera.

Święci, którzy znają swój cień

Prawdziwi święci nie byli ślepi na swoje słabości. Byli ich boleśnie świadomi. Teresa z Ávili pisała o swoich duchowych suchych pustyniach. Ignacy Loyola walczył z pychą. Franciszek z Asyżu miał momenty tak głębokiej ciemności, że mógłby równie dobrze zostać alkoholikiem, a nie świętym. A Tomasz z Akwinu modlił się, że jakkolwiek chciałby powiedzieć coś mądrego na każdy temat to jeszcze bardziej chciałby zachować jakiś przyjaciół…

I właśnie dlatego byli wolni. Bo nie musieli udawać. Nie musieli projektować. Byli sobą – z całą ludzką niedoskonałością. I z tą właśnie niedoskonałością potrafili się zaprzyjaźnić.

To nie znaczy, że mamy się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu. Ale, że warto ją poznać, zamiast udawać, że jej nie ma. Znać swój cień to jak znać mapę własnego miasta – nawet jeśli czasem się w nim zgubisz, wiesz przynajmniej, dokąd wracać.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Nasruddin Anioł

Czas czytania: 2 min

Nasruddin Anioł – Czyli o tym, co może nas naprawdę przerazić

Pewnego ranka człowiek wędrował wzdłuż wybrzeża. Spokojnie stawiał krok za krokiem, ciesząc się morską bryzą. Nagle dostrzegł na horyzoncie postać. Zbliżała się szybko i wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

Po chwili wędrowiec rozpoznał sylwetkę. To był Herkules! Legendarny heros biegł w jego stronę, zdyszany i roztrzęsiony, krzycząc:

— Zawracaj!

Kiedy się zrównali, wędrowiec zauważył, że Herkules był blady i spanikowany. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie.

— Herkulesie! Co się stało? Co cię tak przeraziło? Ciebie – największego z bohaterów?

Herkules rozejrzał się, upewnił, że nic ich nie śledzi, po czym powiedział:

— Chodź, zawracajmy. Opowiem ci po drodze.

Opowieść Herkulesa

— Szedłem tą samą drogą co ty — zaczął Herkules. — Zatrzymałem się przy kopcu mrówek, bo zawsze lubię popatrzeć na ich pracę. Ale coś było nie tak. Mrówki leżały przywiązane na maleńkich leżaczkach, pod kolorowymi parasolkami, z drinkami w łapkach. Kiedy królowa mrówek mnie zauważyła, krzyknęła:

— Ratunku! Uwolnij nas, Herkulesie! Nie każ nam więcej odpoczywać!

Uwolniłem je, a one od razu zabrały się do pracy. Nie chciały rozmawiać, więc poszedłem dalej.

Dotarłem do wioski leniwców, gdzie zwykle panował cudowny spokój. Tym razem zastałem je przymocowane do bieżni treningowych. Kiedy któryś z leniwców zwalniał, bieżnia raziła go prądem, aż znowu przyspieszył. Uwolniłem je i rozwaliłem te okrutne maszyny w drobny mak.

Ale to nie koniec…

W kolejnych wioskach było tylko gorzej. Niedźwiedzie zmuszano do mycia zębów po każdym miodzie. Lisy siedziały w szkolnych ławkach i uczyły się etyki i prawa własności. Krokodyle oglądały komedie, żeby przestać płakać, a hieny – dramaty, żeby zrozumieć głębię smutku i przestać się śmiać.

Kiedy uwolniłem lwy karmione wyłącznie warzywami, coś zaczęło mi świtać. Ale dopiero w wiosce wesołych, tłustych fok zrozumiałem wszystko.

Nasrudin Anioł

– Powiem Ci tak wędrowcze. Zatłukłem hydrę i zszedłem do podziemnego świata, aby uprowadzić Cerbera. Nie boję się prawie niczego. Lecz gdy zobaczyłem, jak święty mędrzec Nasruddin wydaje rozkazy swoim „Bojownikom Dobra”, żeby pilnowali plemienia fok, któremu rozkazał się odchudzać… gdy zobaczyłem, jak na płaczliwe focze skargi zaczyna wymachiwać bronią i wrzeszczeć: „TO DLA WASZEGO DOBRA!” … spanikowałem …

Tylko jedna rzecz na świecie potrafi wywołać u mnie lęk:

Święci, którzy uważają, że wiedzą lepiej od Ciebie co jest dla Ciebie dobre.

Święci, którzy uważają, że maja prawo Cię do tego zmusić wszelkimi sposobami… dla twojego dobra.

Wędrowiec kiwnął głową. Nie musiał pytać więcej.

Zawrócili razem i ruszyli szybkim krokiem z powrotem, by jak najszybciej oddalić się od tej „Anielskiej Krainy”.


Czasem najgroźniejsze potwory niosą świetlisty sztandar.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Piękno Wolnych Ogrodów.

Czas czytania: 2 min

Dawno dawno temu,

W odległych czasach, w królestwie pełnym tajemnic, żył mądry władca, który darzył przyrodę szczególną miłością. Pragnął, aby całe jego królestwo tętniło życiem, bujną zielenią i feerią barw. Z tego powodu wydał dekret, zgodnie z którym każdy mieszkaniec miał obowiązek codziennie tworzyć i pielęgnować swój ogród, aby królestwo rozkwitło pięknem natury.

Początkowo mieszkańcy, choć niechętnie, podporządkowali się woli władcy. Z biegiem czasu jednak ich frustracja rosła, kwiaty i zieleń, zamiast cieszyć oko, stały się obiektem ich nienawiści. W końcu niezadowolenie wybuchło z pełną mocą – ludzie zaczęli buntować się przeciwko nakazowi, niszcząc ogrody, które, jak twierdzili, były źródłem ich cierpienia.

Zaniepokojony buntem, władca zwrócił się o pomoc do swojego mądrego doradcy. Ten zasugerował, by władca zlikwidował przymusowe prawo i pozwolił ludziom samodzielnie decydować, czy chcą zajmować się swoimi ogrodami. Władca, przekonany słusznością tej rady, ogłosił zniesienie obowiązku.

Gdy mieszkańcy zrozumieli, że nie muszą już pielęgnować swoich skrawków zieleni pod przymusem, ich gniew zaczął powoli wygasać. Odkryli, że to nie same ogrody były źródłem ich frustracji, lecz przymus. Z czasem wielu z nich z własnej woli wróciło do uprawiania ziemi, czerpiąc radość z pracy, sadzenia roślin i podziwiania piękna kwitnących kwiatów.

Bez przymusu królestwo zaczęło rozkwitać jeszcze bardziej niż wcześniej. Wspaniałe ogrody przyciągały podróżnych z dalekich krain. Ci, którzy wcześniej buntowali się przeciwko nakazowi, teraz z dumą dbali o swoje zielone zakątki. Ci zaś, którzy mieli inne pasje, mogli podziwiać te cuda bez konieczności zajmowania się nimi. Królestwo stało się symbolem harmonii między człowiekiem a naturą.

W ten sposób władca nauczył się ważnej lekcji – to przymus, a nie sama czynność, wywołuje niechęć. Wolność okazała się żyzną glebą, która pozwoliła mieszkańcom odkryć radość i satysfakcję w kontakcie z naturą, przyczyniając się do rozkwitu i piękna całego królestwa.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Na szczęście nie wiadomo.

Czas czytania: 3 min

Ciekawość w niepewności – jak żyć bez klucza odpowiedzi

Czasami mam takie fantazje. Wyobrażam sobie, że życie to po prostu test wielokrotnego wyboru. Masz przed sobą arkusz, pytanie i cztery możliwe odpowiedzi. A, B, C albo D. Jedna z nich jest właściwa. Wybierasz, oddajesz kartkę, ktoś to sprawdza, stawia ocenę, i już wiesz na czym stoisz. Bez stresu, bez nadinterpretacji, bez odpowiedzialności.

Brzmi kusząco, prawda? Przynajmniej w porównaniu z rzeczywistością, w której codziennie próbujemy podejmować decyzje, nie mając pojęcia, czy robimy dobrze. Czy to był właściwy kierunek studiów? Czy to „ta osoba”? Czy warto było zmienić pracę, miasto, siebie?

Problem w tym, że życie nie przypomina testu. Nikt nie wręcza ci arkusza z pytaniami. Bardziej przypomina sztukę – nieprzewidywalną, intymną, bez wzoru. Może obraz. Może rzeźbę. Może coś, co na początku w ogóle nie wygląda jak coś. I właśnie dlatego bywa tak trudne.

Zamiast klucza – pędzel

Wyobraź sobie, że dostajesz płótno. Czyste, duże, całkowicie białe. Nikt nie daje ci szkicu, nie mówi, czego się spodziewać. Dostajesz tylko pędzel i trochę farby. I sugestię: rób swoje.

Brzmi pięknie, ale po chwili przychodzi strach. Co, jeśli wybiorę zły kolor? Co, jeśli zacznę nie tam, gdzie trzeba? Co, jeśli inni malują lepiej, pewniej, „z sensem”, a ja tylko coś psuję?

Ale przecież w sztuce nie chodzi o to, żeby się nie pomylić. Sztuka to nie tabela, którą trzeba dobrze wypełnić. To proces – czasem piękny, czasem chaotyczny, czasem absolutnie niezrozumiały. Czasem tworzysz coś, co cię zaskakuje. Czasem – coś, czego się wstydzisz. Ale wszystko staje się częścią tego, kim jesteś.

Szkoła nas tego nie nauczyła. Szkoła kazała szukać jedynej dobrej odpowiedzi. I wielu z nas nie potrafi się z tego schematu wyzwolić. Próbujemy „dobrze żyć”, jakby ktoś kiedyś miał nam wystawić ocenę.

Ale życie nie jest sprawdzianem. Nie ma punktów, nie ma czerwonych długopisów, nie ma poprawkowych terminów. Nie ma ostatecznej księgi życia, w której sprawdzisz, czy zdałeś.  Jest tylko to, co tworzysz. To, co ryzykujesz. To, co zostaje.

Skoro nie ma odpowiedzi, to czy można się pomylić?

Przerażające może być  w tym wszystkim, że nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nie tylko ty. Nikt. Nawet ci, którzy sprawiają wrażenie, że mają wszystko poukładane. Nawet ci, którzy dają ci rady z tonem niepodważalnej pewności.

Każdy z nas siedzi przed własnym płótnem. Każdy z nas czasem zamalowuje poprzednie warstwy, czasem zbyt długo patrzy na biel i nie wie, od czego zacząć. To nie jest słabość- to normalne.

Ale skoro nikt nie wie, co jest „poprawne”, to żaden wybór nie może być oczywistym błędem. Każdy z nich coś odsłania, każdy coś wnosi, każdy – nawet ten, który potem zamalujesz – był potrzebny, by dotrzeć do miejsca, w którym jesteś.

I w tym jest ulga. Głęboka, cicha ulga. Bo jeśli nie ma klucza odpowiedzi, to może wcale nie trzeba się tak strasznie bać. Nikt nie zna poprawnych odpowiedzi. Nikt. Nie ma odpowiedzi nie ma błędów. I może tutaj zacznie się sztuka…

Zamiast przerażenia: „Nie wiem, co będzie dalej!”
Może ciekawość: „Wow, co będzie dalej?”

Na szczęście… nie wiadomo.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Psychologiczna Ruletka: Czy Odważysz Się Zaryzykować?

Czas czytania: 2 min

Psychologiczna Ruletka: Czy Odważysz Się Zaryzykować?

Co Wybierasz: Pewność Nieszczęścia Czy Ryzyko Nadziei?

Wyobraź sobie stół do rosyjskiej ruletki. Trzymasz w dłoni ciężki, zimny rewolwer. Naprzeciwko siedzi ktoś, kto również jest gotów podjąć grę. Masz dwa wyjścia:

  1. Oddać broń i czekać na strzał – masz 50% szans na przeżycie.
  2. Strzelić do siebie – masz 100% pewności, że padnie śmiertelny strzał.

Co wybierasz? Racjonalna odpowiedź wydaje się oczywista: oddając kontrolę, dajesz sobie szansę na przeżycie.

Ale…

Pozorna pewność, nawet jeśli oznacza coś złego, wydaje się łatwiejsza do zaakceptowania niż niepewność, która może prowadzić do ocalenia.


Psychologia Wybierania Pewności Kosztem Szczęścia

Ludzie często wybierają gwarantowane niepowodzenie zamiast ryzykować lepszą przyszłość. Wolimy nie odezwać się do interesującej osoby, by uniknąć ewentualnego odrzucenia. Wolimy nie wysyłać CV, by nie doświadczyć porażki.

To zjawisko można nazwać psychologiczną ruletką – rezygnujemy z szansy na sukces, by uniknąć niepewności. Paradoksalnie, nawet jeśli „pewna” opcja jest negatywna, daje nam złudzenie kontroli, a to często wystarcza, byśmy czuli się bezpieczniej.

Innymi słowy: pewność nieszczęścia jest dla wielu bardziej znośna niż ryzyko.

Skąd to się bierze? Nasz umysł boi się rozczarowania. Pewność – nawet jeśli oznacza coś złego – daje nam poczucie kontroli. Jeśli z góry skazujemy się na porażkę, unikamy ryzyka odrzucenia, wstydu, zawodu. Czujemy, że mamy wpływ na wynik, chociaż ten wpływ skazuje nas na gorsze życie. Tyle że ten „komfort” ma swoją cenę.


Odwaga w Podejmowaniu Ryzyka vs. Ryzyko Utraty Szczęścia

Wybór pewności – nawet tej nieprzyjemnej – może wydawać się rozsądny, bo pozwala uniknąć rozczarowań i porażek. Ale to tylko złudzenie.

Unikając ryzyka, tak naprawdę ryzykujemy coś znacznie cenniejszego – własne szczęście i spełnienie.

Oczywiście, często wydaje się, że wybór pewności – nawet tej nieprzyjemnej – przynosi spokój, bo unika się rozczarowań czy porażek. Jednak ta „pewność negatywności” to tylko złudzenie. Kiedy odrzucamy możliwość zaryzykowania w imię komfortu, tak naprawdę ryzykujemy coś znacznie cenniejszego – nasze własne szczęście i spełnienie. I rozczarowanie w długim okresie.

Największe życiowe wygrane wymagają ryzyka. Nie zawsze możemy wybrać opcję w 100% bezpieczną i pozytywną, ale gdy pojawia się szansa na zmianę – czasem warto postawić na niepewność.

Paradoksalnie, wybieranie „pewnego nieszczęścia” jest najbardziej ryzykowną decyzją, jaką można podjąć.

Bo jeśli nie zaryzykujesz – przegrasz na pewno.

Niech ten tekst będzie dla Ciebie inspiracją. Zamiast wybierać bezpieczną, ale negatywną drogę, spróbuj czasem zagrać o coś lepszego. Oddaj pistolet w ręce losu – bo wygrana czeka na tych, którzy odważą się zaryzykować.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Moc, dobro i zło.

Czas czytania: 5 min

Czyli czego można dowiedzieć się, oglądając z dzieckiem kreskówki.

Ostatnio przytrafiło mi się kilka rzeczy. Po pierwsze, oglądałem z synem jakąś odsłonę Transformersów – Wojna o Cybertron. Muszę przyznać, że seria ciekawie wprowadza nowe odsłony bohaterów znanych mi od dzieciństwa. Megatron i Optimus Prime toczą ze sobą wojnę. Cała historia jest ciekawa przez to, że są starymi towarzyszami broni i przyjaciółmi, a poróżniło ich spojrzenie na filozofię. Obaj deklarują chęć pomocy dla swojego ludu. Obaj chcą być obrońcami. Jednak to, co ich różni to pryncypia. Megatron pragnie mocy, aby chronić swoich poddanych. Optimus, aby ich bronić potrzebuje mocy. Każdy z nich poszukuje artefaktów, aby wyprzedzić drugiego. Niby to samo, ale z tak małej różnicy wynikają ogromne skutki. Dla Megatrona moc i siła, na początku niby jako środek do celu, stają się celem samym w sobie. W rezultacie, ten z początku pełen obowiązku żołnierz, zaczyna używać swoich poddanych, aby osiągnąć wielką moc. Seria pokazuje w dość przekonujący sposób, jak Megatron się degeneruje. Z postaci z dobrymi chęciami zmienia się w potwora używającego własnych poddanych jako przedmiotów (dosłownie).

Optimus Prime właściwie zaczyna w tym samym miejscu co Megatron. Pełen wątpliwości i dobrych chęci przywódca, tylko po drugiej stronie barykady. Jednak autoboty mają zasadę, o którą walczą: „Wszelkie świadome istoty, mają prawo być wolne”. I to ratuje Optimusa, mimo chwil zwątpienia.

Algorytmy YouTube a dobro i zło

Po drugie, chciałem zacząć wprowadzać mojego syna w podstawy pop kultury. Pokazałem mu Luka Skywalkera, Gandalfa i Frodo Baginsa. A przez to algorytm YouTube zaczął mi ostatnio podrzucać ogromną dawkę nerdowskich filmów o Star Wars i Władcy pierścieni. (Muszę przyznać, że w dzisiejszych czasach powinna obowiązywać zasada, „Pokaż mi jakie masz propozycje filmów na YT a powiem ci kim jesteś” :D)

Szczególnie Gwiezdne Wojny Lucasa są godne polecenia do analizy psychologicznej, bo mniej znanym faktem jest, że Lucas pisał pierwszą sagę (IV-VI) na podstawie „Monomitu” Josepha Campbela. „Monomit” to archetypiczna droga bohatera i został stworzony na podstawie analizy Mitologii wszelkich kultur, od inuitów i aborygenów, przez hinduizm po judeo-chrześcijaństwo.

Ciekawe jest spojrzenie na dobro i zło w tych światach. A jest to spojrzenie przez pryzmat mocy i władzy. W gwiezdnych wojnach ta moc nazywa się nawet „Moc” (co uważam za cudowne, bo przecież o to chodzi😊). We Władcy Pierścieni symbolizowana jest przez pierścień władzy, który kusi najpotężniejsze istoty śródziemia. Kusi w wyrafinowany sposób:

-„Skorzystaj ze mnie, pomyśl ile dobra możesz uczynić posiadając taką siłę”

Dobre postaci muszą oprzeć się pokusie. I to, że potrafią się oprzeć wizji mocy, mocy niby dla czynienia dobra, pokazuje ich mądrość i właśnie to, po której stronie stoją, bo wiedzą, że moc dla dobra kończy się mocą dla mocy. Intencje to za mało.

W gwiezdnych wojnach mamy 2 bohaterów, Dartha (Anakina Skywalkera) Vadera i jego syna Luka Skywalkera. Obaj są potężni, jednak Anakin, z troski o ukochaną żonę, daje się skusić ciemnej stronie. Jego mroczny mistrz przekonuje go: „Pomyśl, ile dobra można osiągnąć z taką potęgą”. Jednak ten oparty na dobrych intencjach krok, małe wykorzystanie istot jako przedmiotów a nie podmiotów, jeden kompromis sprawia, że granica decyzji powolutku przesuwa się w stronę mroku. Aż w końcu Anakin kończy jako zbrodniarz i morderca.

To tylko środek do szczytnego celu, potem Cel uświęca środki, a potem liczy się już tylko cel za wszelką cenę…

O naturze zła i komu się lepiej przyjrzeć.

I teraz ciekawostka. Chcę tu napisać o moim olśnieniu.

Ten sam algorytm youtuba zaczął mi podrzucać oprócz styli walki rycerzy Jedi i ekonomii Rohanu, filmiki w stylu „Dlaczego imperator miał rację” lub „Filozofia Saurona”. Po przyjrzeniu się co tam jest w środku, zrozumiałem. Argumenty zła są zawsze takie same.

„Nie ma czegoś takiego jak zło, są tylko punkty widzenia”

„Robię to dla większego dobra”.

„Wiem lepiej niż inni i dlatego dla ich dobra powinienem rządzić”.

„Robię to dla twojego dobra”

I ku mojemu zdziwieniu nawet w nerdowskim światku Gwiezdnych wojen i Władcy pierścieni, ktoś jest w stanie to kupić. Imperator miał rację, może wyrżnął swoich przeciwników, ale zapewnił porządek… Sauron może i robił złe rzeczy, ale dlatego, że był skrzywdzony i nie umiał inaczej.

To nie tyle zło, co bohaterowie tragiczni…

Chcieli dobrze, robili jak umieli, nie możemy oceniać. To dla większego dobra. To dla twojego dobra, bo ja wiem lepiej co jest dla ciebie dobre. W sumie dobro i zło to tylko słowa, zależy, gdzie stoisz, jaką masz historię. Świat nie jest czarno biały, wszystko jest trochę szare….

Dokładnie to samo co …

Natknąłem się ostatnio na cykl wykładów historyka Stephena Kotkina. Kotkin napisał gigantyczną biografię Stalina. Nie szczędził tam szczegółów, naprawdę obserwował i stworzył kompleksową sylwetkę. I najsmutniejsze jest to, że wydaje się, że nawet Stalin nie myślał o sobie, że jest zły. Wydaje się, że naprawdę wierzył w socjalizm i komunizm. Uważał, że jego czyny to tylko środek do celu, który przyniesie później większe dobro. Wynik, to kilkadziesiąt milionów zamordowanych ludzi i niepoliczalna ilość złamanych i przetrąconych żywotów. Dla większego dobra… A zło zależy tylko od punktu widzenia.

I to właśnie jest natura zła

Zło mówi, że to dla większego dobra.

Zło nie mówi, że jest złe. Mówi tylko, że zła nie ma.

-To zależy od punktu widzenia, zrozum motywy, ile jest odcieni szarości, ile dobra możesz osiągnąć dzięki kompromisom, wybierz mniejsze zło. Nie ma nic takiego jak jedna moralność czy prymitywne pojęcia zła. –

Bo gdy to tylko przyjmiesz, to w tle jest też, że skoro nie ma zła, to nie ma też dobra. Jeśli przyjmiesz to rozmycie i ambiwalencje, że nie ma zła i nie ma dobra, to zostaje tylko moc i władza. Bo dzięki temu cele nie są ani dobre, ani złe, środki nie są dobre ani złe. Są tylko skuteczne lub nieskuteczne.  

„Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie… A wielcy ludzie to z reguły źli ludzie…” – lord Acton

I ostatnie może nie tak mroczne, ale bliższe codzienności zdanie mrocznej strony mocy:

Wiem od ciebie lepiej co jest dla ciebie dobre, i zrobię to dla twojego dobra, czy tego chcesz czy nie.

To zdanie często może opisać postawę młodych terapeutów, którzy naprawdę mają absolutnie czyste intencje. Którzy chcą pomagać, tylko którzy w którymś momencie zapomnieli o czym przestrzegali nasi nauczyciele i najwięksi teoretycy.

„Dobre intencje to za mało. Nie da się komuś zrobić dobrze wbrew jego woli” A co dla mnie najlepiej wyraził akurat Milton Friedman: „Wszelka dobra intencja jest przekreślona przez użycie przymusu, którym chcesz to dobro wprowadzać.”

Więc podsumowując moje olśnienie, jeśli słyszę:

Nie ma moralność, to tylko punkty widzenia i odcienie szarości i kompromisy. To dla większego dobra. To dla twojego dobra, czy tego chcesz czy nie.

To absolutnie natychmiast zapala mi się lampka ostrzegawcza „przyjrzyj się lepiej z kim masz do czynienia” Bo tak właśnie kusi i usprawiedliwia się zło.

I zostaje z takim memento, niech mi na co dzień towarzyszy w pracy, bo o wielu rzeczach można dyskutować, ale o tym nie:

„Każda świadoma istota jest podmiotem, a nie przedmiotem. Jest celem samym w sobie i ma niezbywalne prawo być wolna. Na swoją dolę i niedolę. Nie ma tutaj kompromisów.” – Tak mówi dobro

Michał Szadkowski – O mnie

Drogi czytelniku/czytelniczko skoro dotarłeś już tutaj, będzie mi miło, jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Polecam też najnowszy wpis na moim blogu.

Share

Hardware i software. Pochwała człowieka w 700 słowach. Część 2.

Czas czytania: 5 min

Mózg.  Czyli ostateczna rzecz która sprawia, że nasz hardware jest wyjątkowy.

O mózgu i wewnętrznym oprogramowaniu. Język

Setki milionów lat ewolucji wyposażyło nas w 85 miliardów neuronów. I nagle powstaje ostateczny hardware. Kawał sprzętu na którym można uruchomić naprawdę skomplikowane programy. Mózg który ma odpowiednią moc żeby zbierać i opracowywać w czasie rzeczywistym dane z naszych zmysłów i rozsyłać je do układu nerwowego. I w drugą stronę. Z ciała i potrzeb do zmysłów. Np. nasz wzrok działa tak, że widzimy zadaniowo. Oznacza to, że gdy czujemy głód, to zauważamy na ulicy piekarnie i restauracje. A kiedy potrzebujemy toalety, to zauważamy znak WC.

Cały ten zestaw ciała, mózgu i zmysłów jest doskonale przystosowany do środowiska łowiecko zbierackiego. Wbudowany system instynktów, odruchów warunkowych i podstawowego ewolucyjnego oprogramowania, pozwalał lecieć wtedy na autopilocie przez życie bez większego zastanawiania, bo jak mówi Profesor Jerzy Vetulani: „Mózg wyewoluował jako narzędzie do przeżycia a nie do myślenia” ale…

Język

ale… nagle okazuje się, że ten sprzęt pozwala uruchomić język. Skomplikowany abstrakcyjny system do komunikacji między osobnikami, do komunikowania różnych przekazów kulturowych. System do analizy z abstrakcyjnego poziomu, takich rzeczy jak społeczeństwo, kultura, kosmologia i technologia.

A także zdolny do samo programowania się.  Innymi słowy mózg oprócz świetnego narzędzia z ewolucyjną porcją programów zawartych, że tak powiem fabrycznie, stał się też sprzętem, na którym można było uruchomić nieskończoną ilość programów (software`u). Ewolucja przeniosła się z powolnej genetycznej ślamazarności, w nieskończenie szybszy poziom software. I to software, który można przekazać młodym osobnikom. Dzięki temu następne pokolenie nie zaczyna od zera, a z poziomu rozwoju, do którego doszło poprzednie. Oczywiście z pewnym kosztem edukacyjnym.

Z drugiej strony znanym faktem jest, że jak ktoś już wymyśli koło, to cała reszta chwyta o co w tym chodzi bardzo szybko. Np. teoria względności Einsteina lub mechanika kwantowa, były znane przed 2 wojną światową tylko kilku naprawdę wybitnym umysłom. Wymyślenie i opanowanie ich zajęło im większą część karier.

Natomiast teraz jest tak, że te tematy studenci poznają na pierwszym lub 2 roku fizyki, chemii i większości nauk ścisłych. A podejrzewam, że mało kto w Polsce nie słyszał o teorii względności. Stała się to więc w pewnym sensie wiedza potoczna. I nowi geniusze będą wymyślać coś jeszcze bardziej skomplikowanego korzystając już z tych cegiełek.

A to wszystko dzięki temu, że potrafimy używać, a także uczyć się nowych słów i języków( takich jak np. angielski lub matematyka) przez całe życie.

O kulturze

Kultura to nic innego jak pewne językowe oprogramowanie. System zakazów i nakazów. Wskazówek i odpowiedzi na pytania, JEŻELI jesteś w takiej sytuacji TO co robić.

Jak traktować swoich i obcych? Kto jest swój, a kto jest obcy? Co jeść? np. Jeśli jesteś głodny i widzisz czerwonego grzyba z białymi plamkami, to czy to dobry pomysł, czy Światowid jednak się na ciebie obrazi…

Kultury ewoluują w takim samym stopniu jak organizmy, tylko o wiele szybciej….

Czyli innymi słowy, znów mamy przykład jak powolny proces ewolucyjny doprowadził nas do miejsca w którym dostosowanie się do warunków otoczenia może przebiegać o wiele szybciej. Nie z pokolenia na pokolenie, tylko na poziomie osobnika. A następne pokolenie mimo braku różnic fizjologicznych, dzięki cywilizacji zawartej w języku, może zacząć stopień wyżej.

Ewolucja na poziomie software.

Chce tu napisać dwie rzeczy, że zmiana przeniosła się na poziom kulturowy i technologiczny (software`u). A druga sprawa, że nasz hardware właściwie się nie zmienił w czasie gdy my przeszliśmy od jaskiń przez rolnictwo aż do poziomu energii nuklearnej, Internetu i lotów w kosmos. Gdzie umiemy już nie tylko dostosować się do środowiska, ale przebudowujemy środowisko pod nasze potrzeby. I to w niewiarygodnym tempie.

W mgnieniu ewolucyjnego oka ( 50-70 tysięcy lat w ewolucji to czas niezauważalny), człowiek dochodzi do poziomu gdzie jego technika jest właściwie nierozróżnialna od magii. Nieustanne są zmiany kulturalne. Czyli nasz software zmienia się nieustannie, ale nasz hardware został na poziomie naszego przodka, mieszkańca afrykańskiej sawanny. Nie było właściwie ewolucyjnego czasu, żeby coś znaczącego zmieniło się w instynktach, np. w podstawowych reakcjach walcz lub uciekaj, lub w potrzebach. Wystarczy dodać, że człowiek urodzony powiedzmy 10 tysięcy lat temu, który jakimś cudem w wieku niemowlęcym zostałby przeniesiony do współczesności, byłby nie do rozróżnienia w żaden sposób od nas. Dlatego trwają prace w różnych dziedzinach nad człowiekiem, i stąd ten koncept hardware i software.

No to natura czy wychowanie?

Moim osobistym zdaniem, żeby zrozumieć siebie w pełni nie powinniśmy poniechać żadnej strony naszej istoty. Nie rodzimy się czystą kartą. Mamy mnóstwo hardware`u i podstawowego oprogramowania. To jest nasz wewnętrzny system. I on jest niezmienny od wielu tysięcy lat. Puki ludzie mają śledzionę serce i wątrobę, określoną fizyczną budowę, będą mieli podobny świat wewnętrzny. „Anthropos” jak powiada Joseph Campbell. Świat archetypów jak powiada C.G. Jung. Podświadomość jak powiada Psychoanaliza. Reakcje fizjologiczne. Cykle hormonalne. Reakcje, które omijają w swoim działaniu płat czołowy. Ignorować to można tylko na własną zgubę.

Ale,

Nie jesteśmy tylko wynikiem naszych instynktów i podświadomości. Gdyż oczywiste jest, że podświadomość i wewnętrzne oprogramowanie wchodzi w interakcję ze światem zewnętrznym. I świat zewnętrzny może wpływać i modyfikować stare systemy na nowy sposób. Jesteśmy też w stanie sami zerknąć w siebie i zobaczyć nasze wewnętrzne procesy. Czy to samotnie podczas medytacji czy to podczas terapii w dialogu z drugim człowiekiem (a najlepiej obie rzeczy).

Dzięki tej jednej cesze, czyli abstrakcyjnemu językowi. Jesteśmy w stanie oddziaływać na siebie (nawet na siebie samych), w sposób o skale wielkości bardziej skuteczny, niż cokolwiek co do tej pory wymyśliła ewolucja. Jednak tylko do pewnego miejsca, ograniczonego przez jakiś rodzaj samej fizyczności.

Może nie mamy wpływu na to, jak wygląda cykl produkcji adrenaliny w sytuacji zagrożenia, ale możemy mieć poznawczy wpływ na to, jaką sytuacje postrzegamy jako sytuacje zagrożenia .

I to, i to.

W debacie czy my jako ludzie (i nasze mózgi), jesteśmy czystą kartką możliwą
do zapisania, jak tylko naszym rodzicom i społeczeństwu się podoba, czy też
mamy ściśle określoną naturę, zajmuje dość jasne stanowisko. Mianowicie: I to i
to. W wielu kwestiach, naprawdę wielu kwestiach, my jako ludzie możemy się
uczyć i naprawdę ma znaczenie, co na tych pustych kartkach się znajdzie. Jednak
w wielu kwestiach rodzimy się z określoną naturą.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

https://www.youtube.com/watch?v=sRv19gkZ4E0 – o Eboli

https://www.youtube.com/watch?v=zQGOcOUBi6s –  a tu o okładzie odpornościowym.

https://www.youtube.com/watch?v=NNnIGh9g6fA&list=PL848F2368C90DDC3D – Human Behavioral Biology Robert Sapolsky

Share

Jakie to banalne…

Czas czytania: 3 min

Jakie to banalne…

Działo się to w Chinach, kilka tysięcy lat temu…

Sun Tzu jeszcze się nie narodził, Konfucjusz był niemowlakiem, a Lao-Tze, no cóż, był Lao-Tze, więc nie wiadomo właściwie co się z nim działo…

Noc

Poeta Xiao Li siedział w celi śmierci. Podczas jednego ze swoich wystąpień publicznych, nieopatrznie i złośliwie zadrwił z cesarza. Jakieś nieżyczliwe języki doniosły komu trzeba, a cesarskie sądy w tamtych czasach, miały tylko jeden sposób na obrazoburców nefrytowego tronu. Wyrok zapadł szybko i bez odwołania.

Xiao nie mógł się z tym pogodzić, przez głowę przelatywały mu plany epickich tomów, których nie zdążył napisać i marzenia o smaku wina, którego nie zdążył wypić. Rozmyślał nad nieskończonymi manuskryptami i szkicami wierszy, które leżały w szkatułce pod jego łóżkiem.

– Gdybym miał jeszcze czas… choć jeden rok… chociaż miesiąc – myślał z udręką.

Kiwał się na swoim posłaniu, kiedy nagle z przeszywającym „Bonggggg….” uderzył dzwon, zwiastujący północ w cesarskim mieście.

Xiao li zamarł na kilka chwil… nagle, otworzył szeroko oczy i zaśmiał się gromkim śmiechem. Z rękawa wyszarpnął kawałek szaty, a z włosów węgielek do pisania. Gorączkowo zaczął notować. Kiedy skończył, przyjrzał się notatce. 

– Jakie to banalne – powiedział cicho i uśmiechnął się do siebie.

Rozejrzał się po celi. Zauważył pozostawiony tam chleb i wodę. Spokojnie podszedł do miski, usiadł z nią na łóżku i zaczął żuć ze smakiem chleb. Następnie wziął łyk wody, posmakował przez chwilę i wychłeptał ją do końca. Oblizał się jak syty kocur. Wstał, rozprostował się, zrobił z namaszczeniem kilka kroków, kilka oddechów. Następnie spokojnie położył się na łóżku i smacznie zasnął.

Dzień

Następnego dnia, poeta dziarskim krokiem podążył za strażnikami na miejsce kaźni. Podszedł do kata i ukłonił mu się z szacunkiem. Rozejrzał się po świecie. Wziął oddech i z uśmiechem położył głowę pod miecz. Jedno szybkie cięcie zakończyło czas Xiao Li.

Stary kapitan straży, który sprzątał celę po poecie, zobaczył kawałek tkaniny na łóżku. Już miał ją wyrzucić, kiedy ujrzał nakreślone na niej znaki. Był starym kapitanem i umiał czytać, więc tak też się stało, że przeczytał ostatni wiersz Xiao Li.

– Jakie to banalne – pomyślał po lekturze.

Kilka dni później…

Kilka dni później na radzie pałacowej, Cesarz rozważał co zrobić z barbarzyńcami, nękającymi północne prowincje. Wiele już lat wysyłał karne ekspedycje, ale to było jak walka z deszczem. Plemiona uchylały się przed armią cesarza, jak woda przed mieczem. Cesarz poprosił o radę. Jeden z inżynierów cesarskich przedstawił pomysł wielkiego muru.

– A ile to zajmie?! – spytał Cesarz.

– Około 80 lat, Panie – odpowiedział inżynier.

– Jaki sens ma zaczynanie czegoś czego ani ja ani ty, nigdy nie skończymy? – Zastanawiał się na głos Cesarz.

Wtedy do Cesarza podszedł kapitan straży. Szeptał mu chwilę do ucha i wręczył mu kawałek szaty z ostatnim wierszem Xiao li.

– Jakie to banalne – po lekturze, powiedział Cesarz.

Nagle zastygł w bezruchu… Przez chwilę patrzył nad głowami dworzan w odległy punkt sali tronowej… Równie nagle jak zastygł, otrząsnął się i pewnym głosem wydał 2 dekrety… Rozkazał rozpocząć budowę muru i…postawić pomnik Xiao Li.

80 lat później…

80 lat później obecnie panujący Cesarz, wnuk starego cesarza, patrzył na odsłonięcie pomnika Xiao li. Właśnie wypełniał jedno z ostatnich życzeń swego dziada. Jego dziad prosił, aby w dniu ukończenia Wielkiego Muru, postawić pomnik poety, a na cokole wyryć jego ostatni wiersz.

– Jakie to banalne – pomyślał Cesarz, patrząc na cokół pomnika stojącego u stóp wielkiego muru. Następnie, ciepło się do siebie uśmiechnął i odszedł, aby zająć się cesarskimi sprawami…

Na cokole było wyryte:

„Motyl tylko kilka dni, swym pięknem błogosławi łąkę,

Kwiat rozkwita pełnią swego blasku i umiera,

Nieważne ile masz jeszcze czasu,

znaczenie ma tylko, jak go spędzisz…”

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

Share

Nasrudin i rzeka

Czas czytania: 2 min

Nasrudin i rzeka

Pewien człowiek odbywał pielgrzymkę. Szedł właśnie leśną ścieżką niedaleko Indusu,
kiedy z zarośli, od strony rzeki, wybiegł Nasrudin. W ogromnym pośpiechu minął pielgrzyma,
prawie uderzając w niego, trzymanym w ręku, pustym wiadrem. Następnie zniknął po drugiej stronie ścieżki.
Człowiek przystanął zdziwiony, nasłuchując, jak z wielkim hałasem Nasrudin przedziera się przez las.
Dźwięk oddalał się, ucichł na dłuższą chwilę, a następnie zaczął się powoli przybliżać.
Po chwili z zarośli, w pędzie, wybiegł Nasrudin. Krzyknął do pielgrzyma:

-Zejdź mi z drogi! Bardzo się spieszę!

Znów go wyminął, tym razem taszcząc ze sobą wiadro pełne wody.
Pielgrzyma ogarnęła ciekawość, zadumał się na chwilę. I kiedy dumał, znów minął go zdyszany Nasrudin,
znikając w głębi lasu, z pustym wiadrem. Pielgrzym słuchał oddalającego się hałasu. I po chwili, tak jak się spodziewał,
usłyszał Nasrudina przedzierającego się przez las z wiadrem pełnym wody.
Zaczaił się i kiedy zobaczył wyłaniającego się z zarośli biegacza, stanął mu na drodze.

-Stój! Powiedz mi! Co robisz?

-Głupcze nie przeszkadzaj! Nie mam czasu! Mam ważne zadanie!

Pielgrzym chciał spytać, jakie zadanie, ale w tym momencie,
Nasrudin wyrwał się i zniknął w zaroślach. Człowiek pobiegł za nim.
Ledwie nadążył za zdeterminowanym biegaczem. Po chwili dotarli do rzeki.
Pielgrzym ku swemu ogromnemu zdumieniu zobaczył jak, w biegu, Nasrudin chwyta wiadro
i wyuczonym, pewnym ruchem, wylewa całą wodę do leniwie płynącego Indusu, a następnie  obraca się na pięcie
i jak pewnie się domyślacie, znika w lesie. Pielgrzym stanął jak słup soli. Nie umiał zrozumieć tego co widział.
Kiedy Nasrudin znów się pojawił i wylał, nie zatrzymując się, pełne wiadro wody do rzeki, pielgrzym ruszył za nim.
Zrównał się z Nasrudinem. I zaczął pytać:

-Co ty właściwie robisz?
-No jak to, co? Biegnę po wodę do studni!
-Ale czemu to robisz?
-Oczywiście żeby dolać wody do Indusu!
-Ale po co?
-No wiesz, robię to, od jakiegoś czasu.
-Ale, po co?!!
-Jak to, po co?!! Przecież, jeśli przestanę Indus może wyschnąć!
-Ale przecież Indus ma się dobrze, zobacz ile ma wody!
-Noooo… pięknie płynie, ta moja rzeka, ale kto wie, co by się stało gdybym przestał?

A Tobie, czytelniku, jak często wydaje się, że świat się zatrzyma,
jeśli przestaniesz robić te wszystkie „ważne” rzeczy?

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz 🙂

Share