Nasruddin Anioł

Czas czytania: 2 min

Nasruddin Anioł – Czyli o tym, co może nas naprawdę przerazić

Pewnego ranka człowiek wędrował wzdłuż wybrzeża. Spokojnie stawiał krok za krokiem, ciesząc się morską bryzą. Nagle dostrzegł na horyzoncie postać. Zbliżała się szybko i wyglądała na bardzo zdenerwowaną.

Po chwili wędrowiec rozpoznał sylwetkę. To był Herkules! Legendarny heros biegł w jego stronę, zdyszany i roztrzęsiony, krzycząc:

— Zawracaj!

Kiedy się zrównali, wędrowiec zauważył, że Herkules był blady i spanikowany. Nigdy wcześniej nie widział go w takim stanie.

— Herkulesie! Co się stało? Co cię tak przeraziło? Ciebie – największego z bohaterów?

Herkules rozejrzał się, upewnił, że nic ich nie śledzi, po czym powiedział:

— Chodź, zawracajmy. Opowiem ci po drodze.

Opowieść Herkulesa

— Szedłem tą samą drogą co ty — zaczął Herkules. — Zatrzymałem się przy kopcu mrówek, bo zawsze lubię popatrzeć na ich pracę. Ale coś było nie tak. Mrówki leżały przywiązane na maleńkich leżaczkach, pod kolorowymi parasolkami, z drinkami w łapkach. Kiedy królowa mrówek mnie zauważyła, krzyknęła:

— Ratunku! Uwolnij nas, Herkulesie! Nie każ nam więcej odpoczywać!

Uwolniłem je, a one od razu zabrały się do pracy. Nie chciały rozmawiać, więc poszedłem dalej.

Dotarłem do wioski leniwców, gdzie zwykle panował cudowny spokój. Tym razem zastałem je przymocowane do bieżni treningowych. Kiedy któryś z leniwców zwalniał, bieżnia raziła go prądem, aż znowu przyspieszył. Uwolniłem je i rozwaliłem te okrutne maszyny w drobny mak.

Ale to nie koniec…

W kolejnych wioskach było tylko gorzej. Niedźwiedzie zmuszano do mycia zębów po każdym miodzie. Lisy siedziały w szkolnych ławkach i uczyły się etyki i prawa własności. Krokodyle oglądały komedie, żeby przestać płakać, a hieny – dramaty, żeby zrozumieć głębię smutku i przestać się śmiać.

Kiedy uwolniłem lwy karmione wyłącznie warzywami, coś zaczęło mi świtać. Ale dopiero w wiosce wesołych, tłustych fok zrozumiałem wszystko.

Nasrudin Anioł

– Powiem Ci tak wędrowcze. Zatłukłem hydrę i zszedłem do podziemnego świata, aby uprowadzić Cerbera. Nie boję się prawie niczego. Lecz gdy zobaczyłem, jak święty mędrzec Nasruddin wydaje rozkazy swoim „Bojownikom Dobra”, żeby pilnowali plemienia fok, któremu rozkazał się odchudzać… gdy zobaczyłem, jak na płaczliwe focze skargi zaczyna wymachiwać bronią i wrzeszczeć: „TO DLA WASZEGO DOBRA!” … spanikowałem …

Tylko jedna rzecz na świecie potrafi wywołać u mnie lęk:

Święci, którzy uważają, że wiedzą lepiej od Ciebie co jest dla Ciebie dobre.

Święci, którzy uważają, że maja prawo Cię do tego zmusić wszelkimi sposobami… dla twojego dobra.

Wędrowiec kiwnął głową. Nie musiał pytać więcej.

Zawrócili razem i ruszyli szybkim krokiem z powrotem, by jak najszybciej oddalić się od tej „Anielskiej Krainy”.


Czasem najgroźniejsze potwory niosą świetlisty sztandar.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Smok, który nie znał przepowiedni

Czas czytania: 2 min

O pewnym potworze, który robił to, co chciał – aż pękł.

Był kiedyś smok. Czarny, wielki, zły. Taki z tych najgorszych – nie tylko zionął ogniem, ale jeszcze z satysfakcją uwielbiał zjadać tłuste krowy, grabić skarby i porywać księżniczki. Czasem nawet nie dla okupu. Po prostu – dla rozrywki.

Wieśniacy próbowali z nim walczyć. Z widłami i pochodniami, z okrzykiem „Za wolność i przyszłe plony!” ruszyli na smoczą jamę. Ale smok miał inne zdanie. Jednym machnięciem łapy rozsypał ich po jaskini jak ziemniaki z przewróconego kosza. Jednych zjadł, reszta zdążyła zbiec – i tak się skończyło bohaterstwo ludowe.

Później przysłano rycerzy. Pojedynczo, w parach, a potem całą gwardią. Smok strącał ich z koni, topił w rzece, roztapiał zbroje samym spojrzeniem. I nie żeby był zły do szpiku kości – po prostu lubił wygrywać.

Zjechali się w końcu najlepsi: łucznicy, wojownicy z dalekich krain, nawet jeden szewczyk – sprytny, z twarzą niewinną, a owcami wypełnionymi siarką i prochem. Smok pozwolił mu nawet przywlec te owce do jego pieczary, lecz potem zmusił go, by część z nich zjadł, a resztę wrzucił do rzeki.

Ludzie byli zrozpaczeni. Wtedy to przypomnieli sobie o przepowiedni. Przyszli mędrcy, przeliczyli znaki, zapalili kadzidła i rzekli:

– Oto nadszedł czas. Smok może być pokonany tylko przez prawowitego króla, który sięgnie po miecz i ruszy do walki uzbrojony w prawdę, honor i odwagę.

Król nie był młody. Ani szybki. Ale wierzył w przepowiednie. Włożył trochę za ciasną zbroję, uniósł miecz – i ruszył. Smok wyszedł z jaskini, przeciągnął się, ziewnął – i jednym kłapnięciem zębów zakończył królewską karierę.

– To nie był prawowity król – ogłosili mędrcy. – Przepowiednia nie może się mylić.

I tak zaczęło się wysyłanie kolejnych kandydatów – królów, książąt, prezydentów i samozwańców. Każdy padał. Smok już nawet nie zionął ogniem. Czasem tylko spojrzał – i to wystarczyło.

Z czasem rycerze przestali przyjeżdżać. Księżniczki – ukryto. Skarby? Już nikogo nie obchodziły. Wieśniacy zauważyli, że jeśli podrzucą mu kilka krów pod jamę, smok nie wychodzi. Leży. Zje. Zaśnie. Cisza.

Minęły lata.

Smok tył, spał i śnił. Śnił o pojedynkach, rycerzach, walce… Trochę mu tego brakowało, ale coraz mniej. Już nie polował. Już nie latał. Nawet nie wiedział, że nie może – bo nie próbował.

Tuczył się i tuczył, aż stał się tak tłusty, że zapadł się w sobie i umarł na zawał serca.

Tak zakończyła się historia największego, najstraszniejszego smoka. Nie pokonał go ani miecz, ani ogień, ani los.
Pokonał go tłuszcz i brak wyzwań.


Rycerz cię nie pokona. Król cię nie pokona. Los cię nie pokona.
Lecz gdy spoczniesz na laurach – sam siebie pokonasz.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Piękno Wolnych Ogrodów.

Czas czytania: 2 min

Dawno dawno temu,

W odległych czasach, w królestwie pełnym tajemnic, żył mądry władca, który darzył przyrodę szczególną miłością. Pragnął, aby całe jego królestwo tętniło życiem, bujną zielenią i feerią barw. Z tego powodu wydał dekret, zgodnie z którym każdy mieszkaniec miał obowiązek codziennie tworzyć i pielęgnować swój ogród, aby królestwo rozkwitło pięknem natury.

Początkowo mieszkańcy, choć niechętnie, podporządkowali się woli władcy. Z biegiem czasu jednak ich frustracja rosła, kwiaty i zieleń, zamiast cieszyć oko, stały się obiektem ich nienawiści. W końcu niezadowolenie wybuchło z pełną mocą – ludzie zaczęli buntować się przeciwko nakazowi, niszcząc ogrody, które, jak twierdzili, były źródłem ich cierpienia.

Zaniepokojony buntem, władca zwrócił się o pomoc do swojego mądrego doradcy. Ten zasugerował, by władca zlikwidował przymusowe prawo i pozwolił ludziom samodzielnie decydować, czy chcą zajmować się swoimi ogrodami. Władca, przekonany słusznością tej rady, ogłosił zniesienie obowiązku.

Gdy mieszkańcy zrozumieli, że nie muszą już pielęgnować swoich skrawków zieleni pod przymusem, ich gniew zaczął powoli wygasać. Odkryli, że to nie same ogrody były źródłem ich frustracji, lecz przymus. Z czasem wielu z nich z własnej woli wróciło do uprawiania ziemi, czerpiąc radość z pracy, sadzenia roślin i podziwiania piękna kwitnących kwiatów.

Bez przymusu królestwo zaczęło rozkwitać jeszcze bardziej niż wcześniej. Wspaniałe ogrody przyciągały podróżnych z dalekich krain. Ci, którzy wcześniej buntowali się przeciwko nakazowi, teraz z dumą dbali o swoje zielone zakątki. Ci zaś, którzy mieli inne pasje, mogli podziwiać te cuda bez konieczności zajmowania się nimi. Królestwo stało się symbolem harmonii między człowiekiem a naturą.

W ten sposób władca nauczył się ważnej lekcji – to przymus, a nie sama czynność, wywołuje niechęć. Wolność okazała się żyzną glebą, która pozwoliła mieszkańcom odkryć radość i satysfakcję w kontakcie z naturą, przyczyniając się do rozkwitu i piękna całego królestwa.

Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

Share

Opowieść o myśliwym, niedźwiedziu i najbardziej oklepanym tekście w historii filozofii egzystencjalnej

Czas czytania: 2 min

Opowieść o myśliwym, niedźwiedziu i najbardziej oklepanym tekście w historii filozofii egzystencjalnej

Był sobie młody myśliwy Karol. Pewnego razu poszedł na polowanie. Chodził po lesie, aż nagle spotkał niedźwiedzia. Niedźwiedź był niedźwiedziem, wiec ryknął, warknął, stanął na tylnych lapach i rzucił się do ataku.  Karol nie zastanawiał się długo, odwrócił się na piecie i zaczął uciekać. Nie dość szybko jednak. Nagle poczuł na nodze ostre uderzenie niedźwiedzich pazurów. To go zmobilizowało i w końcu uciekł. Dobiegł do wioski…

– Niedźwiedź! Niedźwiedź mnie okaleczył. Rozwalił mi nogę!

Mieszkańcy wioski zbiegli się, żeby zobaczyć naszego poranionego myśliwego.

Karol zaczął krzyczeć z bólu i złorzeczyć na niedźwiedzia i własny los.

Tak był zajęty swoją urazą, że nie miał czasu iść do lekarza, żeby ten opatrzył mu obrażenia. Wdało się zakażenie, rana źle się goiła. Pojawiła się gorączka. Nasz bohater obudził się w domu medyka. Niestety z amputowaną nogą. Kiedy to zobaczył, ogarnęła go wściekłość i żal. Wydał z siebie ryk:

– Dlaczego JA!!???

Przybiegł lekarz, próbował uspokoić naszego bohatera. Pocieszyć, nauczyć go korzystać z protezy.  Bez rezultatu.

Nasz bohater odtrącał wszelką pomoc. Myśli o niesprawiedliwości i przeklętych niedźwiedziach, zajęły go całkowicie. Zaczął żebrać i pić. Pogrążał się w swojej urazie.

Tak wiódł swoje dni. Opowiadając za garść monet, każdemu, kto jeszcze chciał go słuchać, swoją historię… mijały lata.

Któregoś dnia Karola obudziły krzyki i wiwaty z ulicy.

– To Sar!

– Brawo Sar!

Karol otworzył oczy i zobaczył człowieka.

Człowieka bez nogi, z hakiem zamiast ręki, kierującego się w stronę lasu.

Bratnia dusza – pomyślał – ten to mnie zrozumie…

– Jestem Karol, a Ty kim jesteś?

– Jestem Sar.

– Co ci się stało? – spytał nasz były myśliwy.

– Niedźwiedź odgryzł mi rękę i tak mnie poharatał

że lekarz musiał odciąć mi nogę – odparł Sar.

– Rozumiem! Dobrze rozumiem! Cholerny niedźwiedź!

– A ty jak sobie radzisz? – spytał Sar.

– Miałem być myśliwym, ale przez niedźwiedzia straciłem nogę.

Przeklęty niedźwiedź. Jak mam godnie żyć bez nogi?!!

– Hmm to ciekawe, ja idę do lasu polować – powiedział Sar.

– Ale… ale przecież… niedźwiedź odgryzł ci nogę!?

Sar spojrzał mu w oczy i powiedział spokojnie.

– Nie ważne, co z tobą zrobiono, ważne, co Ty zrobisz, z tym, co z tobą zrobiono.

Poprawił protezę, zahaczył kuszę o hak i jak co dzień pokuśtykał do lasu… na polowanie.

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

Share

Jakie to banalne…

Czas czytania: 3 min

Jakie to banalne…

Działo się to w Chinach, kilka tysięcy lat temu…

Sun Tzu jeszcze się nie narodził, Konfucjusz był niemowlakiem, a Lao-Tze, no cóż, był Lao-Tze, więc nie wiadomo właściwie co się z nim działo…

Noc

Poeta Xiao Li siedział w celi śmierci. Podczas jednego ze swoich wystąpień publicznych, nieopatrznie i złośliwie zadrwił z cesarza. Jakieś nieżyczliwe języki doniosły komu trzeba, a cesarskie sądy w tamtych czasach, miały tylko jeden sposób na obrazoburców nefrytowego tronu. Wyrok zapadł szybko i bez odwołania.

Xiao nie mógł się z tym pogodzić, przez głowę przelatywały mu plany epickich tomów, których nie zdążył napisać i marzenia o smaku wina, którego nie zdążył wypić. Rozmyślał nad nieskończonymi manuskryptami i szkicami wierszy, które leżały w szkatułce pod jego łóżkiem.

– Gdybym miał jeszcze czas… choć jeden rok… chociaż miesiąc – myślał z udręką.

Kiwał się na swoim posłaniu, kiedy nagle z przeszywającym „Bonggggg….” uderzył dzwon, zwiastujący północ w cesarskim mieście.

Xiao li zamarł na kilka chwil… nagle, otworzył szeroko oczy i zaśmiał się gromkim śmiechem. Z rękawa wyszarpnął kawałek szaty, a z włosów węgielek do pisania. Gorączkowo zaczął notować. Kiedy skończył, przyjrzał się notatce. 

– Jakie to banalne – powiedział cicho i uśmiechnął się do siebie.

Rozejrzał się po celi. Zauważył pozostawiony tam chleb i wodę. Spokojnie podszedł do miski, usiadł z nią na łóżku i zaczął żuć ze smakiem chleb. Następnie wziął łyk wody, posmakował przez chwilę i wychłeptał ją do końca. Oblizał się jak syty kocur. Wstał, rozprostował się, zrobił z namaszczeniem kilka kroków, kilka oddechów. Następnie spokojnie położył się na łóżku i smacznie zasnął.

Dzień

Następnego dnia, poeta dziarskim krokiem podążył za strażnikami na miejsce kaźni. Podszedł do kata i ukłonił mu się z szacunkiem. Rozejrzał się po świecie. Wziął oddech i z uśmiechem położył głowę pod miecz. Jedno szybkie cięcie zakończyło czas Xiao Li.

Stary kapitan straży, który sprzątał celę po poecie, zobaczył kawałek tkaniny na łóżku. Już miał ją wyrzucić, kiedy ujrzał nakreślone na niej znaki. Był starym kapitanem i umiał czytać, więc tak też się stało, że przeczytał ostatni wiersz Xiao Li.

– Jakie to banalne – pomyślał po lekturze.

Kilka dni później…

Kilka dni później na radzie pałacowej, Cesarz rozważał co zrobić z barbarzyńcami, nękającymi północne prowincje. Wiele już lat wysyłał karne ekspedycje, ale to było jak walka z deszczem. Plemiona uchylały się przed armią cesarza, jak woda przed mieczem. Cesarz poprosił o radę. Jeden z inżynierów cesarskich przedstawił pomysł wielkiego muru.

– A ile to zajmie?! – spytał Cesarz.

– Około 80 lat, Panie – odpowiedział inżynier.

– Jaki sens ma zaczynanie czegoś czego ani ja ani ty, nigdy nie skończymy? – Zastanawiał się na głos Cesarz.

Wtedy do Cesarza podszedł kapitan straży. Szeptał mu chwilę do ucha i wręczył mu kawałek szaty z ostatnim wierszem Xiao li.

– Jakie to banalne – po lekturze, powiedział Cesarz.

Nagle zastygł w bezruchu… Przez chwilę patrzył nad głowami dworzan w odległy punkt sali tronowej… Równie nagle jak zastygł, otrząsnął się i pewnym głosem wydał 2 dekrety… Rozkazał rozpocząć budowę muru i…postawić pomnik Xiao Li.

80 lat później…

80 lat później obecnie panujący Cesarz, wnuk starego cesarza, patrzył na odsłonięcie pomnika Xiao li. Właśnie wypełniał jedno z ostatnich życzeń swego dziada. Jego dziad prosił, aby w dniu ukończenia Wielkiego Muru, postawić pomnik poety, a na cokole wyryć jego ostatni wiersz.

– Jakie to banalne – pomyślał Cesarz, patrząc na cokół pomnika stojącego u stóp wielkiego muru. Następnie, ciepło się do siebie uśmiechnął i odszedł, aby zająć się cesarskimi sprawami…

Na cokole było wyryte:

„Motyl tylko kilka dni, swym pięknem błogosławi łąkę,

Kwiat rozkwita pełnią swego blasku i umiera,

Nieważne ile masz jeszcze czasu,

znaczenie ma tylko, jak go spędzisz…”

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz:)

Share

Nasrudin i rzeka

Czas czytania: 2 min

Nasrudin i rzeka

Pewien człowiek odbywał pielgrzymkę. Szedł właśnie leśną ścieżką niedaleko Indusu,
kiedy z zarośli, od strony rzeki, wybiegł Nasrudin. W ogromnym pośpiechu minął pielgrzyma,
prawie uderzając w niego, trzymanym w ręku, pustym wiadrem. Następnie zniknął po drugiej stronie ścieżki.
Człowiek przystanął zdziwiony, nasłuchując, jak z wielkim hałasem Nasrudin przedziera się przez las.
Dźwięk oddalał się, ucichł na dłuższą chwilę, a następnie zaczął się powoli przybliżać.
Po chwili z zarośli, w pędzie, wybiegł Nasrudin. Krzyknął do pielgrzyma:

-Zejdź mi z drogi! Bardzo się spieszę!

Znów go wyminął, tym razem taszcząc ze sobą wiadro pełne wody.
Pielgrzyma ogarnęła ciekawość, zadumał się na chwilę. I kiedy dumał, znów minął go zdyszany Nasrudin,
znikając w głębi lasu, z pustym wiadrem. Pielgrzym słuchał oddalającego się hałasu. I po chwili, tak jak się spodziewał,
usłyszał Nasrudina przedzierającego się przez las z wiadrem pełnym wody.
Zaczaił się i kiedy zobaczył wyłaniającego się z zarośli biegacza, stanął mu na drodze.

-Stój! Powiedz mi! Co robisz?

-Głupcze nie przeszkadzaj! Nie mam czasu! Mam ważne zadanie!

Pielgrzym chciał spytać, jakie zadanie, ale w tym momencie,
Nasrudin wyrwał się i zniknął w zaroślach. Człowiek pobiegł za nim.
Ledwie nadążył za zdeterminowanym biegaczem. Po chwili dotarli do rzeki.
Pielgrzym ku swemu ogromnemu zdumieniu zobaczył jak, w biegu, Nasrudin chwyta wiadro
i wyuczonym, pewnym ruchem, wylewa całą wodę do leniwie płynącego Indusu, a następnie  obraca się na pięcie
i jak pewnie się domyślacie, znika w lesie. Pielgrzym stanął jak słup soli. Nie umiał zrozumieć tego co widział.
Kiedy Nasrudin znów się pojawił i wylał, nie zatrzymując się, pełne wiadro wody do rzeki, pielgrzym ruszył za nim.
Zrównał się z Nasrudinem. I zaczął pytać:

-Co ty właściwie robisz?
-No jak to, co? Biegnę po wodę do studni!
-Ale czemu to robisz?
-Oczywiście żeby dolać wody do Indusu!
-Ale po co?
-No wiesz, robię to, od jakiegoś czasu.
-Ale, po co?!!
-Jak to, po co?!! Przecież, jeśli przestanę Indus może wyschnąć!
-Ale przecież Indus ma się dobrze, zobacz ile ma wody!
-Noooo… pięknie płynie, ta moja rzeka, ale kto wie, co by się stało gdybym przestał?

A Tobie, czytelniku, jak często wydaje się, że świat się zatrzyma,
jeśli przestaniesz robić te wszystkie „ważne” rzeczy?

Michał Szadkowski – O mnie

Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak udostępnisz 🙂

Share