O cieniu, który czyni nas ludźmi
Nie ufam ludziom, którzy twierdzą, że nie są zdolni do zła. Naprawdę – nie ufam. Bo jeśli ktoś nie widzi w sobie ciemności, to znaczy, że prędzej czy później zobaczy ją gdzieś indziej. W sąsiedzie. W partnerce. W obcym. A potem zrobi wszystko, by tę ciemność zniszczyć. Bez litości. Bez refleksji. Z czystym sumieniem. To jest właśnie ten paradoks: najwięcej zła na świecie dzieje się w imię dobra. Eichmann i Hitler spali spokojnie przekonani o swoich racjach. Beria nucił sobie do snu Mozarta, kiedy znudziły mu się gwałty. Historia pokazuje to z druzgocącą konsekwencją: człowiek, który nie zna swojego cienia, jest niebezpieczny.
Cień, który nas ocala
Carl Jung mówił o „cieniu” – tej części nas, którą wypieramy, którą chowamy pod dywan, której się wstydzimy. I która z chęcią obdarowujemy naszych wrogów aby ich odczłowieczyć. Ale właśnie kontakt z cieniem czyni nas pełnymi. Tylko wtedy, gdy potrafię powiedzieć: „Tak, jestem zdolny do okrucieństwa, do egoizmu, do zdrady”, mogę naprawdę wybierać inaczej.
Bo jeśli wierzę, że jestem dobry z natury, że nie mam w sobie mroku – wtedy każdy błąd innego człowieka staje się przestępstwem przeciwko porządkowi świata. I trzeba go ukarać. Zniszczyć. Wyeliminować.
To nie są tylko abstrakcje. Widzimy to w codziennym życiu. Ktoś się spóźnił – nie dlatego, że miał zły dzień, tylko dlatego, że mnie nie szanuje. Ktoś podniósł głos – nie dlatego, że jest zmęczony, tylko dlatego, że jest toksyczny. Ktoś mnie zawiódł – więc to potwór, którego trzeba wymazać z życia. Zero refleksji, pełna projekcja.
Granica między dobrem a złem…
Tymczasem gdy znam swój cień, łatwiej mi zrozumieć cudzy. Nie po to, żeby go usprawiedliwiać. Ale żeby być człowiekiem, nie sędzią.
Bo zdolność do zła jest egzystencjalnym składnikiem człowieczeństwa. Jesteśmy zrobieni z tego samego materiału co święci i mordercy. Wszyscy mamy w sobie zdolność do współczucia – i do zdrady. Do przebaczenia – i do przemocy.
I tylko świadomość tego daje nam wybór. Jak mawiał Sołżenicyn „Granica między dobrem a złem przebiega nie między państwami, nie między klasami, nie między partiami – lecz przez serce każdego człowieka i przez wszystkie serca ludzkie.”
Z krwi i kości
Czasem przyłapuję się na tym, że jestem rozdrażniony, że oceniam, że chciałbym po prostu kogoś „skasować” z życia. I to nie dlatego, że jestem złym człowiekiem. Tylko dlatego, że jestem człowiekiem. Pełnym sprzeczności, impulsów, niezrealizowanych potrzeb. I tylko ta świadomość daje mi wentyl bezpieczeństwa, który pozwala mi spuścić trochę ciśnienia z tej całej duchowej perfekcji. Przestać być ideałem. Zacząć być sobą.
Bo jeśli ja wiem, że nie jestem idealny, to i Tobie dam prawo do błędu. Jeśli ja potrafię sobie z trudem wybaczyć, to może i Tobie uda mi się wybaczyć trochę łatwiej. I nagle w tym całym bałaganie robi się miejsce na coś, co naprawdę zmienia świat – nie moralność, nie prawo, ale współczucie – duch, dzięki któremu możliwa jest litera.
Święci, którzy znają swój cień
Prawdziwi święci nie byli ślepi na swoje słabości. Byli ich boleśnie świadomi. Teresa z Ávili pisała o swoich duchowych suchych pustyniach. Ignacy Loyola walczył z pychą. Franciszek z Asyżu miał momenty tak głębokiej ciemności, że mógłby równie dobrze zostać alkoholikiem, a nie świętym. A Tomasz z Akwinu modlił się, że jakkolwiek chciałby powiedzieć coś mądrego na każdy temat to jeszcze bardziej chciałby zachować jakiś przyjaciół…
I właśnie dlatego byli wolni. Bo nie musieli udawać. Nie musieli projektować. Byli sobą – z całą ludzką niedoskonałością. I z tą właśnie niedoskonałością potrafili się zaprzyjaźnić.
To nie znaczy, że mamy się w niej rozsiąść jak w wygodnym fotelu. Ale, że warto ją poznać, zamiast udawać, że jej nie ma. Znać swój cień to jak znać mapę własnego miasta – nawet jeśli czasem się w nim zgubisz, wiesz przynajmniej, dokąd wracać.
Michał Szadkowski – O mnie, Jeśli Ci się spodobało, będzie mi miło jak skomentujesz lub udostępnisz:)

